Slipknot, “The End, So Far” - recenzja najnowszego albumu zespołu

Slipknot, “The End, So Far” - recenzja najnowszego albumu zespołu
Autor: Materiały prasowe - fot. Anthony Scanga Recenzja najnowszej płyty Slipknota

Slipknot mają już na koncie długie przerwy pomiędzy kolejnymi albumami, także te trzy lata, które upłynęły od wydania “We Are Not Your Kind” nie wydają się być czymś szczególnym. Tym bardziej zastanawiałam się, czego można się spodziewać i co najważniejsze, czy będzie to warte uwagi. Ale Panowie wiedzą co robić i jak trafiać prosto w punkt - tak właśnie się dzieje za sprawą “The End, So Far”.

Zespół Slipknot zawładnął sceną rockowo-metalową w 2019 roku, a to za sprawą wydanego w sierpniu albumu We Are Not Your Kind. Bardziej eksperymentalne od pozostałych, można powiedzieć nie do końca typowe, jak na tę akurat grupę, wydawnictwo zyskało powszechne uznanie krytyków i podbiło listy przebojów na całym świecie. Po tej premierze grupa po prostu… zniknęła. Głośno natomiast było o Coreyu, który w 2020 roku wydał swój pierwszy solowy album i wziął udział w nagraniach tribute albumu z okazji trzydziestolecia “Czarnego Albumu” Metalliki.

Koniec?

Coś zaczęło się dziać w maju 2021 roku - to wtedy Shawn „Clown” Crahan w rozmowie z gospodarzem Download Festival ogłosił, że zespół pracuje nad nową muzyką. Perkusista był bardzo podekscytowany, zwrócił uwagę na to, że przerwa spowodowana pandemią dobrze im zrobiła i każdy z nich jest teraz w szczytowej formie i po prostu cieszy się z tego, że znów mogą być razem i tworzyć nowy materiał.

Taylor jest na takim poziomie śpiewania, którego nigdy u niego nie słyszałem, co sprawia, że ​​jestem naprawdę pełen emocji. Oto jesteśmy, oto znów mamy dwadzieścia lat i to jest życie, wiesz? - mówił Crahan w wywiadzie.

Co tam w środku gra? Black Sabbath - Sabotage

W listopadzie 2021 roku ukazał się pierwszy od dwóch lat singiel, The Chapeltown Rag. Numer spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem ze strony fanów i krytyków, nic w tym dziwnego - niemal od pierwszych dźwięków kojarzy się on z kultowym Iowa. Z czasem coraz więcej na temat albumu zaczął mówić Corey - już miesiąc po wydaniu kawałka zdradził on, że zespół zabiera się za miksowanie krążka i planuje wydać go w kwietniu, powiedział także, że jest dużo bardziej zadowolony z tego materiału, niż z We Are Not Your Kind. Na początku 2022 roku oficjalnie ogłosił, że prace zostały zakończone, a nadchodzący krążek określił jako “cięższą wersję Vol. 3: The Subliminal Verses”.

Apetyt został zaostrzony

Na szczegóły przyszło nam czekać do lipca - to wtedy coś zaczęło się dziać w social mediach zespołu, udostępniony został fragment nieznanej piosenki. W ten oto sposób, dokładnie 19 lipca, dostaliśmy kolejny, drugi już singiel z nadchodzącego albumu, The Dying Song (Time to Sing) oraz oficjalną zapowiedź krążka. Jeszcze przed premierą The End, So Far wydany został numer Yen, fanom jednak nie dawała spokoju myśl o tytułowym końcu. Co to właściwie ma oznaczać? Czy zespół Slipknot zawiesi działalność na jakiś czas? To zdecydowanie nie oto chodzi w całej koncepcji, ale to tego dochodzi się słuchając całego albumu, od deski do deski.

Slipknot, “The End, So Far” - recenzja najnowszego albumu zespołu
Autor: Materiały prasowe Okładka albumu

Nieoczywistości od których trudno się uwolnić

Płyta rozpoczyna się dźwiękami, które zdecydowanie mogą być sporym zaskoczeniem dla słuchacza. Adderall, czyli melodia, kojarząca się z indyjskimi pieśniami, spokojna, klasyczna perkusja, syntezatory i melodyjny wokal Coreya (od razu słychać, że Crahan miał rację, Taylor jest w niesamowitej formie!). Wszystko to zdecydowanie bardziej kojarzy się z klimatem melancholijnego rocka alternatywnego, niż z klasycznym brzmieniem Slipknota. Zniechęcenie? Wręcz przeciwnie, zaintrygowanie, zaciekawienie tym, co będzie dalej. Sporym zaskoczeniem był dla mnie też numer The Dying Song (Time to Sing) - niesamowicie chwytliwe i wciągające połączenie melodyjnego śpiewu i growlu, nowoczesności i korzeni rodem z debiutu. Bezsprzecznie jest to jedna z najlepszych metalowych piosenek, jakie wyszły w tym roku - najbardziej pociąga mnie jej nieoczywistość - z jednej strony radiowy klimat, z drugiej mocna, nu metalowa stylistyka i ostry, będący jak uderzenie w głowę tekst. Nie da się od tego uwolnić, ma szansę stać się czymś kultowym na miarę Psychosocial. Coś bardzo podobnego dzieje się w Hive Mind, który opiera się przede wszystkim na ostrej jak brzytwa perkusji. 

Niepokojący, zaskakujący Acidic to jeden z najmocniejszych punktów na płycie, który wymyka się wszelkim klasyfikacjom - to jak powrót do lat 2000. i najlepszego okresu nu metalu, ale zawierający ogromną dawkę nowego podejścia do muzyki psychodelicznej. Niemal w parze można zestawiać ze sobą Acidic i De Sade, z tym że ten drugi numer jest nieco mroczniejszy i na pierwszy plan wychodzi w nim Mick Thomson - te solo!

Spokój i (nie)opanowanie

Yen początkowo zupełnie mnie nie porwał, jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem wchodził do głowy coraz głębiej i głębiej. To niesamowity, bardziej nastrojowy, można powiedzieć power balladowy numer. Sam Corey określił go jako miłosną pieśń dla jego żony, Alicii Dove, i ten ogrom uczucia bardzo mocno czuć. Nieco spokojniejszy jest też, najdłuższy na płycie, Medicine for the Dead, który bardzo mocno czerpie z klimatów klasycznego rocka, umiejętnie połączonego z nu metalową stylistyką - a ten wciągający refren i zostawiająca słuchacza, niemal z poczuciem niedosytu, końcówka - więcej!

Korzenie 

Choć album w całości określiłabym jako bardzo różnorodny, zaskakujący, świeży, to nie brak na nim odniesień do starych dobrych (albo i nie? Zależy jak na to patrzeć) początków. Wydany, jak się okazało, jako pierwszy singiel The Chapeltown Rag to swoisty powrót do początków lat 2000. i czasów Iowa. W jego przypadku warto zwrócić uwagę na tekst, który koncentruje się na brytyjskim seryjnym mordercy Peterze Sutcliffe, znanym również jako Rozpruwacz z Yorkshire, oczywiście posłużył on do metaforycznych rozważań na temat kary i działania współczesnych mediów. Brzmieniowo tym samym śladem podążają Warranty czy rozpoczynający się niesamowitym perkusyjnym intro Heirloom, głośne i ostre H377.

Finał

Taki tytuł nosi zamykający album utwór, będący tak samo dużym zaskoczeniem, jak numer otwierający. Orkiestra, melodyjny śpiew, przerażający chór - to naprawdę koniec. Ale nie Slipknota, a pewnej, bardzo ważnej ery w ich karierze - mowa oczywiście o rozstaniu z wytwórnią, ale wszystko wskazuje na to, że Panowie mają już pomysł na siebie na kolejne lata. Jeśli ich nowa przygoda rozpocznie się w tym miejscu, w którym kończy Finale, to mamy na co czekać.

Ocena: 5/5

Sonda
Jak podoba Ci się najnowszy album Slipknota?
Nasi Partnerzy polecają