Sam na placu boju. Wspominamy album Seventh Star od Black Sabbath
W połowie lat osiemdziesiątych w szeregach Black Sabbath panował jeden wielki... chaos. To wszystko próbował jakoś ogarnąć gitarzysta Tony Iommi, ale na dłuższą metę zbytnio mu to nie wychodziło. Było na tyle źle, że skład opuścił nawet basista Geezer Butler, który grał na wszystkich poprzednich albumach zespołu. Po wyjątkowym koncercie BS na Live Aid w lipcu 1985, w oryginalnym składzie, na placu boju pozostał wyłącznie Iommi. Znalazł się on na artystycznym rozdrożu. Zmęczony niestabilnością i ciągłymi zmianami personalnymi, postanowił rozpocząć karierę solową. Do współpracy zaprosił wokalistę Glenna Hughesa (w przeszłości również basista Trapeze i Deep Purple), basistę Dave’a Spitza, perkusistę Erica Singera i klawiszowca Geoff Nichollsa, który wspierał w studiu i na koncertach Black Sabbath.
Prace nad płytą rozpoczęły się w Cherokee Studios znajdującym się w Hollywood. Iommi chciał odejść od ciężkiego brzmienia na rzecz czegoś bardziej bluesowego i melodyjnego. Dlatego też Hughes był idealną osobą do realizacji tego celu. – Robiłem wszystko po swojemu. Ale dogadywaliśmy się. Podobało mi się to, co nagrywaliśmy na płytę. To była niezła zabawa – wspominał wokalista w książce Black Sabbath. U piekielnych bram autorstwa Micka Walla.
Zatrudnienie Hughesa wcale nie było takie oczywiste. Początkowo Tony Iommi planował, że na płycie zaśpiewają różni wokaliści (m.in. Rob Halford z Judas Priest czy Robert Plant z Led Zeppelin), ale po kolei te opcje się wykruszały. Pomysł musiał zostać więc odstawiony na półkę. Wróćmy jednak do procesu nagrywania Seventh Star, który nadzorował producent Jeff Glixman. Przebiegał on stosunkowo sprawnie: od czerwca do sierpnia 1985. Niestety, problemy pojawiły się później, ale... nie uprzedzajmy faktów w niniejszym tekście.
Kiedy materiał na Seventh Star był już gotowy do wydania, do akcji wkroczyła wytwórnia. Przedstawiciele Warner Bros. obawiali się, że wydawnictwo nie sprzeda się wystarczająco dobrze jako solowy projekt Iommiego. Właśnie wtedy rozpoczęły się naciski na gitarzystę, aby na okładce pojawiła się nazwa Black Sabbath będąca cały czas magnesem. Zresztą zgodnie z kontraktem, musiał on dostarczyć jeszcze jeden album zrealizowany pod znanym szyldem, który wciąż – mimo wszystko – był atrakcyjny. Muzyk nie chciał się na to zgodzić. Ostatecznie doszło do kompromisu. Postanowiono, że krążek będzie firmowany w... dość dziwny sposób: "Black Sabbath featuring Tony Iommi". Na okładce pojawił się lider, stojący gdzieś samotnie na pustyni, z kolei nazwa Sabbathów została zapisana większą czcionką, aby nikt jej nie przeoczył.
– Wpadłem w panikę. Śpiewanie na solowej trasie Tony’ego Iommiego bardzo do mnie przemawiało. Ale gdy Tony do mnie zadzwonił i powiedział, że i album, i trasa zostaną opatrzone nazwą Black Sabbath, to pomyślałem sobie: "O kurwa! Mogłem śpiewać z Tonym solo. Ale być nowym wokalistą Black Sabbath?" – przyznał Hughes.
I tak oto dwunasty studyjny krążek legendarnej grupy stał się faktem. Seventh Star pojawił się na półkach sklepowych 28 stycznia 1986. Decyzja ta miała ogromne konsekwencje: zarówno dla odbioru płyty, jak i dla samego zespołu. Wielu fanów, co nie będzie większym zaskoczeniem, spodziewało się klasycznego heavy metalu, a otrzymało album o zupełnie innym charakterze.
Jeśli chodzi o wyniki sprzedaży, to... nie rzucały one na kolana. Sukces komercyjny można w tym przypadku nazwać umiarkowanym. W USA Seventh Star dotarł do 78. miejsca, w Wielkiej Brytanii z kolei do 27.. Po wydaniu albumu rozpoczęła się trasa koncertowa, która szybko przerodziła się w prawdziwą katastrofę. Glenn Hughes zmagał się wówczas z poważnym uzależnieniem od narkotyków, a po bójce z menedżerem trasy doznał urazu gardła, który uniemożliwił mu śpiewanie. Po zaledwie pięciu koncertach został on zastąpiony przez Raya Gillena, z którym udało się dociągnąć trasę do końca. Personalny chaos tylko pogłębił przekonanie, że Black Sabbath istnieje już wyłącznie jako nazwa, a nie jako zespół w klasycznym tego słowa znaczeniu.
W 1987 grupa powróciła z kolejnym albumem, The Eternal Idol, a skład znów mocno się zmienił. To wszystko sprawiało, że sytuacja BS na rynku nie była, delikatnie rzecz ujmując, zbyt stabilna.