Jednoręki Bóg Perkusji: powrót, który wstrząsnął światem rocka
W rock'n'rollowym panteonie nie brakuje opowieści o upadkach i spektakularnych powrotach, ale historia Ricka Allena to materiał na scenariusz, którego nie powstydziłby się Hollywood. Gdy w sylwestrową noc 1984 roku tragiczny wypadek samochodowy urwał mu lewą rękę, muzyczny świat wstrzymał oddech. Wielu postawiło na nim krzyżyk, spisując jego karierę na straty. Jednak on, zaledwie 19 miesięcy później, nie tylko wrócił za bębny, ale wjechał na scenę z impetem, który na zawsze zmienił postrzeganie tego, co możliwe za perkusyjnym zestawem.
Zamiast pogrążyć się w rozpaczy, Allen, uzbrojony w innowacyjną technologię i wolę walki twardszą niż stal, przekuł osobistą tragedię w jedno z najgłośniejszych zwycięstw w annałach rocka. Ten powrót to nie był zwykły techniczny majstersztyk. To stało się potężnym symbolem siły ludzkiego ducha i dowodem na braterską lojalność zespołu, który ani na sekundę w niego nie zwątpił.
Pas zadziałał jak gilotyna. Sylwestrowy wypadek, który odciął rękę Ricka Allena
Wszystko wydarzyło się w ostatni dzień 1984 roku na drodze A57 niedaleko Sheffield. Pędząc swoim Corvette Stingrayem, Allen na ostrym zakręcie stracił panowanie nad maszyną i z potężną siłą wbił się w kamienny mur. Impet był tak ogromny, że wyrzucił go przez szyberdach, a pas bezpieczeństwa zadziałał jak gilotyna, niemal całkowicie odcinając mu lewe ramię. Jego pierwsze świadome słowa, skierowane do towarzyszącej mu dziewczyny, brzmiały:
Boże, nigdy już nie będę grać na bębnach!
Los, choć okrutny, rzucił mu jednak koło ratunkowe. Przejeżdżająca obok pielęgniarka, która jechała na imprezę noworoczną, profesjonalnie zabezpieczyła odciętą kończynę w lodzie przygotowanym na drinki, dając chirurgom bezcenną szansę. Chociaż perkusista trafił na stół operacyjny w szpitalu Royal Hallamshire w niecałe 20 minut, a czteroosobowy zespół mikrochirurgów dokonał cudu, przyszywając ramię, rockandrollowe fatum nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.
Kilka dni później - 4 stycznia 1985 roku w ranę wdała się gangrena, stawiając lekarzy przed dramatycznym wyborem. Aby uratować życie muzyka, musieli amputować rękę. Gdy ta wiadomość dotarła do reszty składu Def Leppard, zespół się załamał. W jednej chwili stracili nie tylko przyjaciela, ale też serce swojej sekcji rytmicznej, kluczowy element potężnego brzmienia, które wynosiło ich na szczyt.
Jedna noga zamiast ręki
Postawa samego Allena po operacji wprawiła wszystkich w osłupienie. Zamiast prognozowanych sześciu miesięcy, opuścił szpitalne mury po zaledwie sześciu tygodniach. Jeszcze leżąc w szpitalnym łóżku, zaczął wystukiwać rytmy stopami o piankową podkładkę, nie pozwalając muzyce ucichnąć. Prawdziwym game changerem okazał się jego przyjaciel, Pete Harley, który wpadł na iście rewolucyjny pomysł. Zaproponował stworzenie elektronicznego zestawu perkusyjnego, w którym partie lewej ręki przejęłaby lewa noga. Koncepcja, która na pierwszy rzut oka brzmiała jak szaleństwo, stała się dla Allena światłem w tunelu i początkiem zupełnie nowej, muzycznej drogi.
Jak powstała perkusja, która uratowała Def Leppard?
We współpracy z firmą Simmons, która była wtedy pionierem perkusji elektronicznej, narodził się absolutnie unikalny, hybrydowy instrument. Ta bestia łączyła potęgę akustycznych bębnów z precyzją elektronicznych padów. Sercem zestawu stał się jednak specjalnie zaprojektowany system czterech pedałów, obsługiwanych lewą stopą. Każdy z nich był przypisany do innego dźwięku, jak bęben basowy, werbel czy tomy, co pozwalało mu na nowo zagrać partie, za które odpowiadała utracona ręka. Ta niesamowita innowacja nie tylko dała mu bilet powrotny na scenę. Otworzyła też zupełnie nowe pole do eksperymentów, przekuwając fizyczne ograniczenie w artystyczną siłę, która miała zdefiniować brzmienie nadchodzącego giganta, albumu „Hysteria”.
Ozzy Osbourne nazwał to "freak show". Później osobiście przepraszał Ricka Allena
Prawdziwy chrzest bojowy, próba ognia przed dziesiątkami tysięcy fanów, nadszedł 16 sierpnia 1986 roku na legendarnym festiwalu Monsters of Rock w Castle Donington. Po serii koncertów rozgrzewkowych w Irlandii, gdzie podczas jednego z gigów musiał zagrać solo z powodu spóźnienia drugiego bębniarza, Allen był gotowy na wszystko, nawet na 80-tysięczny tłum. Gdy wokalista Joe Elliott zapowiedział go ze sceny, publiczność eksplodowała. Ogłuszający ryk fanów kompletnie zagłuszył muzykę, a wzruszony do głębi perkusista po prostu zalał się łzami. Co więcej, sam Ozzy Osbourne, który wcześniej sceptycznie określił ten pomysł jako „freak show”, po koncercie osobiście pofatygował się do garderoby Allena, by go przeprosić i wyrazić swój absolutny podziw.
Kamień węgielny pod album „Hysteria” z 1987 roku
Ten powrót był czymś więcej niż tylko emocjonalnym triumfem. Stał się kamieniem węgielnym pod budowę pomnika, jakim okazał się album „Hysteria” z 1987 roku, sprzedany w ponad 20 milionach egzemplarzy na całym globie. Jego unikalna technika i hybrydowa bestia za plecami stały się znakiem rozpoznawczym brzmienia Def Leppard. Cała jego historia to natomiast żywy dowód na to, że prawdziwa pasja i determinacja potrafią skruszyć każdą, nawet najtwardszą skałę. Rick Allen do dziś trzyma w zespole perkusyjny puls, a w 2019 roku, wraz z kolegami, został w pełni zasłużenie wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame, cementując swój status ikony. Nazywają go „Bogiem Gromu” i trudno o lepsze przezwisko, bo jedną ręką i dwiema stopami tworzy potężniejszą burzę niż większość perkusistów z kompletem kończyn.