Mieli dość rockowych popisów. The Ramones pokazali, że do rewolucji wystarczą trzy akordy

2026-01-17 12:16

W erze rockowych wirtuozów wydawało się, że muzyka stała się domeną nielicznych. Wtedy na scenę weszli The Ramones, którzy grając tylko trzy akordy, pokazali, że każdy może założyć zespół. Okazuje się, że za ich pozornie prymitywnym brzmieniem stała precyzyjna soniczna broń, która na zawsze odmieniła bieg rockowej historii.

Ramones

i

Autor: Materiały prasowe/ Materiały prasowe

7 dni, 6400 dolarów i album, który zmienił wszystko. Historia debiutu Ramones

Filozofia The Ramones była uderzająco prosta i absolutnie rewolucyjna. W połowie lat 70., gdy rockowe dinozaury gubiły się w wielominutowych solówkach, czterech gości z nowojorskiej dzielnicy Queens wjechało na scenę z zamiarem, by wymierzyć cios prosto w nadęty muzyczny establishment. Udowodnili, że trzy akordy, zawrotna prędkość i surowa energia wystarczą, by zatrząść światem. Ich debiutancki album z 1976 roku stał się manifestem, który otworzył drzwi garaży dla tysięcy dzieciaków wierzących, że oni też mogą chwycić za gitary i wykrzyczeć swoje historie. To właśnie The Ramones stworzyli podwaliny pod etos DIY, który stał się paliwem napędowym dla całego ruchu punkowego. Choć krytycy często zbywali ich muzykę jako prymitywną, za tą ścianą hałasu kryła się precyzyjnie skonstruowana maszyna. Johnny Ramone, zamiast popularnych power chordów, wolał pełne, sześciostrunowe akordy barre, tworząc gęsty, potężny mur dźwięku. Jego styl, zainspirowany riffem Jimmy'ego Page'a z „Communication Breakdown”, przypominał pracę karabinu maszynowego, który nieustannie uderzał w struny z góry na dół. Całość spinał Dee Dee Ramone, który przed każdym utworem odpalał lont, wykrzykując ikoniczne „1-2-3-4!”. Ten okrzyk stał się ich znakiem rozpoznawczym, sygnałem do ataku i obietnicą sonicznej demolki.

Najlepsze punkowe albumy wszech czasów. Te krążki to legendy gatunku

The Clash i Sex Pistols stali na widowni. Jak jeden koncert Ramones odpalił punkową rewolucję?

Debiutancka płyta „Ramones” to esencja ich minimalistycznego podejścia, skondensowana do granic możliwości. Podczas gdy inne zespoły spędzały miesiące w studiach nagraniowych, im wystarczył zaledwie tydzień w styczniu 1976 roku i śmieszna kwota 6400 dolarów. Efektem był soniczny granat odłamkowy, czternaście utworów upchniętych w 29 minut i 4 sekundy. Ta eksplozja surowości była policzkiem wymierzonym w rozbudowane kompozycje, które dominowały wówczas w rocku. Krążek natychmiast zyskał uznanie krytyków, a John Rockwell z „New York Times” opisał go jako „abstrakcję rocka tak czystą, że inne skojarzenia zostają pozostawione za nami”. W 2012 roku album został wpisany do National Recording Registry, otrzymując oficjalny stempel dzieła o fundamentalnym znaczeniu kulturowym. Zanim jednak doszło do nagrań, zespół, założony w 1974 roku, musiał zahartować się w ogniu nowojorskich klubów. Ich pierwszy koncert, który odbył się 30 marca 1974 roku w Performance Studios, był chaotycznym występem dla garstki znajomych. Zagrali wtedy siedem jednominutowych petard o tytułach takich jak „I Don't Wanna Go Down to the Basement”. Prawdziwą kuźnią ich talentu i poligonem doświadczalnym stał się legendarny klub CBGB, gdzie zagrali ponad 70 razy. To tam, przed niewielką publicznością, The Ramones wyciosali swój niepowtarzalny styl i wizerunek, które wkrótce miały wstrząsnąć posadami muzyki rockowej.

Jeśli debiutancki album był lontem, to koncert w londyńskim Roundhouse w lipcu 1976 roku okazał się iskrą, która podpaliła całą Wielką Brytanię. Na widowni, chłonąc każdy dźwięk, stali przyszli rewolucjoniści z The Clash, Sex Pistols i The Damned. Występ ten jest powszechnie uważany za zapalnik brytyjskiej sceny punkowej. Oczywiście istnieją spory co do skali tego wpływu. Perkusista The Damned, Rat Scabies, twierdził, że londyńskie zespoły już wtedy nabierały obrotów, ale nie da się zaprzeczyć, że amerykańska prostota i energia zadziałały jak potężny katalizator. Podczas gdy Sex Pistols dostarczali światu politycznych manifestów, Ramones dali im gotowy, muzyczny plan działania. Dziedzictwo zespołu sięga jednak znacznie dalej niż skórzane kurtki i podarte dżinsy. Ich muzyczne DNA zmutowało i przeniknęło do kolejnych pokoleń, czyniąc ich ojcami chrzestnymi pop-punku, co potwierdzą członkowie Green Day czy Blink-182. Billie Joe Armstrong opisywał ich piosenki jako te, które „wbijały się prosto do mózgu jak młotem”. Co zaskakujące, ślady ich wpływów można znaleźć nawet w piekielnych czeluściach thrash metalu. Kirk Hammett z Metalliki wskazywał na szybki, precyzyjny styl Johnny'ego Ramone'a jako fundament dla gitarowego ataku w tym gatunku. Wprowadzenie do Rock and Roll Hall of Fame w 2002 roku i nagroda Grammy za całokształt twórczości w 2011 były tylko formalnością, która potwierdziła to, co fani wiedzieli od zawsze. Czterech gości z Queens, grając najprościej na świecie, zostawiło na muzyce niezatarty odcisk podeszwy swojego trampka.