John Fogerty został pozwany za to, że brzmiał jak on sam. Jego koncert w sądzie na zawsze zmienił prawo

2026-01-18 17:46

Charakterystyczny styl to dla muzyka rockowego świętość i znak rozpoznawczy. Jednak dla Johna Fogerty'ego jego własne brzmienie stało się powodem kuriozalnego procesu o plagiat samego siebie. Został pozwany za to, że jego nowy utwór brzmiał zbyt podobnie do dawnych hitów. Ta batalia zmusiła go do zagrania na gitarze przed ławą przysięgłych i na zawsze zmieniła prawo autorskie.

John Fogerty

i

Autor: Marco Annunziata/ CC BY-SA 2.0

John Fogerty na sali sądowej. Oskarżony o plagiat... samego siebie!

Rockandrollowe kroniki pełne są absurdalnych historii, ale niewiele z nich może równać się z prawniczym pojedynkiem, który w 1985 roku musiał stoczyć John Fogerty. Lider legendarnego Creedence Clearwater Revival stanął przed sądem, pozwany przez Saula Zaentza, bezwzględnego szefa wytwórni Fantasy Records. Zarzut brzmiał jak ponury żart zza kulis branży muzycznej: autoplagiat. Solowy przebój Fogerty'ego, „The Old Man Down the Road”, miał być rzekomo zdartą nuta w nutę kopią jego własnego kawałka „Run Through the Jungle”, który napisał piętnaście lat wcześniej dla CCR. Cały ten cyrk był możliwy, ponieważ przez drakoński kontrakt z lat 60. artysta stracił prawa do swojego dziedzictwa. Właścicielem całego katalogu Creedence był właśnie Zaentz, który postanowił pociągnąć muzyka do sądu za to, że brzmi jak on sam.

Muzyka rockowa lat 70-tych - zagranica

John Fogerty zagrał na gitarze w sądzie. Jak ten koncert zmienił prawo?

Rozprawa z 1988 roku przeszła do legendy jako jeden z najbardziej rockandrollowych procesów w historii. Zamiast polegać wyłącznie na prawniczych kruczkach, John Fogerty postanowił zagrać z pazurem i wniósł na salę sądową swojego najwierniejszego świadka, własną gitarę. Przez dwa dni, siedząc na miejscu dla świadków, dawał przysięgłym prawdziwą lekcję muzyki. Rozkładał na czynniki pierwsze swój proces twórczy, serwując fragmenty nie tylko spornych kawałków, ale też klasyków Bo Diddleya, by pokazać, skąd bije źródło jego stylu. Ten niezwykły recital okazał się skuteczniejszy niż opasłe tomy ekspertyz. Po zaledwie trzech godzinach narady ława przysięgłych ogłosiła werdykt uniewinniający, doskonale rozumiejąc, że artystyczne DNA to nie to samo co plagiat.

Jednak wygrana bitwa nie oznaczała końca wojny. Rachunek za obronę opiewał na astronomiczną kwotę około miliona dolarów, przewyższając zyski z piosenki, która stała się kością niezgody. Kiedy Fogerty spróbował odzyskać poniesione koszty od wytwórni, sąd niższej instancji rzucił mu kłodę pod nogi, stwierdzając, że pozew Zaentza nie był wcale tak absurdalny. Niezłomny muzyk nie zamierzał jednak rzucać gitary w kąt. Zaskarżył decyzję, a sprawa wspięła się na sam szczyt amerykańskiego systemu sprawiedliwości, lądując w Sądzie Najwyższym. Tam w 1994 roku zapadł historyczny wyrok w sprawie Fogerty v. Fantasy, Inc. Ustanowił on nową, przełomową zasadę, że artysta, który wygrał proces o prawa autorskie, ma takie samo prawo do zwrotu kosztów sądowych, jak strona pozywająca. To orzeczenie stało się prawdziwą tarczą, chroniącą twórców przed niszczycielskimi i kosztownymi pozwami.

Muzyczna zemsta, bojkot własnych hitów i wielki powrót. Finał sagi Johna Fogerty'ego

Ta sądowa saga miała też swoje gorzkie, artystyczne interludium. Na wydanym w 1985 roku albumie „Centerfield” Fogerty nie gryzł się w język i umieścił dwa utwory, „Mr. Greed” oraz „Zanz Kant Danz”. Były to muzyczne szpile wbite prosto w szefa Fantasy Records. Reakcja była natychmiastowa i brutalna, Zaentz odpowiedział kolejnym pozwem o zniesławienie, tym razem na zawrotną kwotę 142 milionów dolarów. Zgorzkniały artysta przez ponad dekadę bojkotował własną twórczość i odmawiał grania na żywo klasyków CCR, nie chcąc, by choć jeden cent z jego koncertów trafił do kieszeni dawnego wroga. Przełamał się dopiero w 1987 roku, gdy podczas legendarnego jam session namówili go do tego Bob Dylan i George Harrison.

Finał tej wieloletniej, wyczerpującej walki o artystyczną duszę nadszedł dopiero kilka lat temu. Po dekadach nieudanych negocjacji, w 2023 roku John Fogerty wreszcie zdołał odzyskać większość praw wydawniczych do bezcennego katalogu Creedence Clearwater Revival. To był moment, na który czekał cały muzyczny świat, stanowiący ostateczne zamknięcie rozdziału rozpoczętego niemal cztery dekady wcześniej absurdalnym pozwem. Historia zatoczyła pełne koło, a artysta, którego ciągano po sądach za to, że brzmi jak on sam, w końcu stał się panem na własnych śmieciach. Wygląda na to, że czasem sprawiedliwość, choć spóźniona, potrafi zagrać z prawdziwym rockowym przytupem.