David Bowie był sumą swoich wcieleń. Kosmicznym mesjaszem, androgynicznym kabareciarzem, chłodnym arystokratą o duszy podszytej soulem. Dla milionów fanów był lustrem, w którym mogli przeglądać się do woli, wybierając tę twarz, która akurat pasowała do nastroju, płyty i czasów. Był ikoną, której wizerunek konsumowano z nienasyconą ciekawością, rozkładając na czynniki pierwsze każdy gest, strój i spojrzenie. A jednak, w samym środku tego barwnego cyrku, w którym sam pociągał za wszystkie sznurki, padały słowa będące zaprzeczeniem całego tego spektaklu. Ciche, ale stanowcze wotum nieufności wobec mechanizmów, które uczyniły go globalną gwiazdą.
Jestem po prostu jednostką, która nie czuje potrzeby, aby ktokolwiek oceniał moją pracę w jakikolwiek sposób. Pracuję dla siebie.
Ta deklaracja, rzucona jakby mimochodem, była w rzeczywistości kluczem do zrozumienia całej jego artystycznej podróży. Podróży pełnej nagłych zwrotów, porzuceń i artystycznych samobójstw, dokonywanych z zimną krwią na oczach uwielbiającej go publiczności.
Czy kameleon może mieć tylko jeden kolor?
Najbardziej spektakularny dowód dał światu 3 lipca 1973 roku. W londyńskim Hammersmith Odeon, u szczytu Ziggy-manii, gdy jego alter ego – Ziggy Stardust – było kimś więcej niż tylko sceniczną postacią, a stało się niemal religijnym fenomenem, Bowie zrobił coś, co z perspektywy marketingowej było czystym szaleństwem. Zabił swoją kurę znoszącą złote jaja. Ogłosił, że to ostatni koncert, jaki kiedykolwiek zagra. Publiczność zamarła. Zapadła cisza, a potem wybuchła histeria. Nikt nie rozumiał, że Bowie nie kończył kariery – on po prostu kończył z Ziggym. Postać, którą stworzył, zaczęła go zjadać, a bycie kosmicznym rockmanem 24 godziny na dobę groziło artystycznym i psychicznym wypaleniem. Nie dał fanom tego, czego chcieli. Dał sobie to, czego potrzebował: wolność. Niedługo później, zamiast kolejnego glamrockowego hymnu, zaserwował Ameryce gładki, „plastikowy soul” na płycie „Young Americans”. To nie była ewolucja. To była rewolucja, której wielu nie mogło mu wybaczyć.
Ucieczka do Berlina, czyli David Bowie odzyskuje duszę
Prawdziwy test jego artystycznej niezależności przyszedł jednak kilka lat później. Po okresie spędzonym w Los Angeles, napędzanym kokainą, mlekiem i czerwoną papryką, Bowie był na skraju wyczerpania. Jego nowa persona, Thin White Duke, była fascynująca, ale i przerażająco pusta. Uciekł więc do miejsca, które w latach 70. było antytezą kalifornijskiego słońca – do podzielonego murem, zimnego i szarego Berlina Zachodniego.
Tam, w cieniu żelaznej kurtyny, razem z Brianem Eno i Tonym Viscontim, zamknął się w studiu, by stworzyć coś, co nie miało prawa stać się komercyjnym hitem. Tak powstała „trylogia berlińska” – albumy „Low”, „Heroes” i „Lodger”. To była muzyka trudna, nasiąknięta wpływami niemieckiego krautrocka spod znaku Kraftwerk i Neu!, pełna instrumentalnych, ambientowych pejzaży. Strona B płyty „Low”, z utworem „Warszawa” na czele, była policzkiem wymierzonym przemysłowi muzycznemu, który oczekiwał kolejnych przebojów. Bowie nie szukał poklasku. Szukał siebie. Nagrywał płyty, które były zapisem jego terapii i artystycznych poszukiwań, a nie produktem skrojonym pod listy przebojów.
Kiedy artysta staje się produktem?
Paradoksalnie, dekadę później Bowie sam wszedł w skórę artysty-produktu. Album „Let's Dance” z 1983 roku, nagrany z Nilem Rodgersem, był komercyjnym potworem. Uczynił go supergwiazdą na skalę, jakiej wcześniej nie znał. Nagle z artystycznego outsidera stał się nienagannie ubranym dżentelmenem, zapełniającym stadiony i królującym na MTV. Czy wtedy wciąż pracował dla siebie? Nawet on sam po latach przyznawał, że ten okres był artystycznie jałowy, a płyty takie jak „Tonight” czy „Never Let Me Down” nagrywał niemal z rozpędu. Reakcja przyszła pod koniec lat 80. Była głośna, brutalna i kompletnie niezrozumiała dla fanów jego popowego wcielenia.
Był nią zespół Tin Machine. Hardrockowy, hałaśliwy, bezkompromisowy. Bowie znów postanowił zburzyć swój pomnik. Schował się w szeregu, został jednym z czterech muzyków, zrezygnował z roli lidera. To był kolejny dowód na to, że cytowana przez niego zasada nie była tylko pustym frazesem. Gdy czuł, że oceny krytyków i oczekiwania publiczności stają się złotą klatką, bez wahania wyciągał młotek i rozbijał ją na kawałki. Niezależnie od tego, czy na scenie stał Ziggy, Duke, czy elegancki pan w garniturze, za kulisami zawsze był ten sam człowiek. Jednostka, która ponad wszystko ceniła sobie prawo do bycia wyłącznie sobą.