Tom Waits: Rock'n'rollowy Charles Bukowski. Dlaczego śpiewał o pijakach i wyrzutkach?
Gdyby rock'n'roll miał swojego Charlesa Bukowskiego, bez wątpienia byłby nim Tom Waits. Artysta ten stał się kronikarzem życia na marginesie, malując dźwiękiem galerię postaci prosto z rynsztoka: pijaków, wiecznych marzycieli i życiowych rozbitków, którym podarował niezwykłą, poetycką godność. W jego numerach, zupełnie jak u Bukowskiego, to nie wielkie życiowe tragedie kruszą bohaterów. To te małe, codzienne wkurzenia, jak pęknięta sznurówka, gdy za chwilę masz być gdzie indziej, pchają ich na sam skraj przepaści. Waits z precyzją chirurga i duszą poety portretował świat, od którego większość wolała odwracać wzrok, przekuwając historie wyrzutków w unikalną, chropowatą sztukę. Jego muzyka stała się soundtrackiem dla wszystkich, którzy nigdy nie wpasowali się w lśniący, mainstreamowy obrazek sukcesu.
Jedna kobieta i totalna rewolucja. Jak narodziła się legenda albumu "Rain Dogs"?
Zanim jednak Tom Waits stał się muzycznym szamanem i eksperymentalnym wizjonerem, przez lata szlifował swój warsztat jako jazzujący balladzista, z nosem wiecznie zanurzonym w literaturze. Już w 1974 roku głośno mówił, że to właśnie Charles Bukowski i Jack Kerouac kręcą jego artystycznym kompasem, a jego była partnerka wspominała, że potrafił zarwać całą noc, pochłonięty lekturą. Nic dziwnego, że przez dziewięć długich lat, począwszy od 1976 roku, jego adresem zameldowania był Tropicana Motel w West Hollywood, prawdziwa mekka dla wszelkiej maści artystów i outsiderów. To właśnie tam, przy starym pianinie Steinwaya wciśniętym w kąt obskurnej kuchni, rodziła się muzyka przesiąknięta zapachem tanich hoteli i smakiem życia na krawędzi. Było to niemal lustrzane odbicie stylu bycia samego Bukowskiego.
Prawdziwy wstrząs nastąpił w 1982 roku. Po współpracy z Francisem Fordem Coppolą na jego drodze stanęła Kathleen Brennan, która wkrótce stała się nie tylko jego życiową partnerką, ale i artystycznym dynamitem, namawiając go do wykonania radykalnej wolty stylistycznej. Brennan otworzyła mu oczy, przekonując, że w jego muzycznym DNA jest miejsce na dzikie połączenia. Zderzyła w nim awangardę Jamesa White'a z filmowymi pejzażami Elmera Bernsteina i surowym, pierwotnym bluesem Leadbelly'ego. Efektem tej rewolucji była legendarna trylogia albumów: „Swordfishtrombones” (1983), „Rain Dogs” (1985) i „Franks Wild Years” (1987). To na nich Waits ostatecznie zrzucił skórę pianisty z zadymionego baru, by przeistoczyć się w teatralnego, eksperymentalnego bajarza snującego mroczne opowieści.
List od prostytutki i pakt z Burroughsem. Poznaj historie z piosenek Toma Waitsa
Jednak to w opowiadaniu historii tkwi prawdziwa siła Waitsa. Jego narracyjny talent eksploduje w konkretnych opowieściach, które wplata w swoje utwory. Weźmy na warsztat numer „Christmas Card From a Hooker in Minneapolis” z 1978 roku. To nic innego jak poruszający list od prostytutki, która próbuje malować obraz poukładanego życia. Na końcu jednak czar pryska, gdy przyznaje, że pisze zza krat i desperacko potrzebuje kasy na prawnika. Waits opowiada tę historię z niezwykłą empatią, bez cienia oceny, co stało się jego artystycznym podpisem. Z kolei cały album „Frank's Wild Years” to już bezpośredni ukłon w stronę Bukowskiego. To muzyczna opowieść o tym, jak seria drobnych potknięć prowadzi do życiowej katastrofy, czyli motyw, który był kręgosłupem prozy autora „Faktotum”.
Waits ani myślał zawracać z obranej drogi. Jego eksperymenty sięgały coraz dalej, zacierając granice między muzyką, literaturą i teatrem. W 1993 roku połączył siły z ikoną beatników, Williamem S. Burroughsem, by stworzyć musical „The Black Rider”, czerpiąc z jego prozy niczym z potężnej „rzeki słów”. Nagrodzony Grammy album „Bone Machine” z 1992 roku to już surowa, niemal perkusyjna wiwisekcja śmierci i rozkładu, nagrana przy użyciu instrumentów z piekła rodem, jak chociażby „conundrum”. W ten sposób Tom Waits, startując od inspiracji literackimi mistrzami, wykuł swój własny, absolutnie niepodrabialny język. Stał się bardem tych, których głosu nikt nie chciał słuchać, udowadniając, że najprawdziwsza poezja często kryje się w ludzkiej niedoskonałości, a czasem po prostu na dnie butelki.