Blur kontra Oasis. Jak media rozpętały największą bitwę w historii britpopu?
Lato 1995 roku. Brytyjskie powietrze wibrowało od gitarowych riffów, a scena muzyczna szykowała się na starcie tytanów. Dokładnie 14 sierpnia, w dniu okrzykniętym przez media „Bitwą Britpopu”, na ring weszli dwaj pretendenci do korony: Blur z singlem „Country House” oraz Oasis z ich „Roll With It”. To jednak nie była zwykła artystyczna rywalizacja, a perfekcyjnie wyreżyserowany spektakl, w którym pierwsze skrzypce grały marketingowe strategie. Dyrygowały nim media, z kultowym magazynem NME na czele, które ochoczo podkręciły głośność, framingując całe starcie jako „Mistrzostwa Wielkiej Brytanii wagi ciężkiej” i przywołując ducha legendarnego pojedynku The Beatles z The Rolling Stones. Cel był prosty i brutalnie skuteczny: podzielić fanów, zmusić ich do opowiedzenia się po jednej ze stron i wykręcić sprzedażowe liczniki do czerwoności. I udało się, bo słupki podskoczyły o imponujące 41 procent.
„My jesteśmy numerem jeden, a wy nie”. Ten policzek od Liama rozpętał wojnę
Gitarowym fundamentem, na którym zbudowano całą tę medialną wojnę, był prosty jak konstrukcja rockowego numeru ale diabelnie chwytliwy podział klasowo-geograficzny. Z jednej strony barykady ustawiono Oasis, chłopaków z robotniczego Manchesteru, którzy mieli być ucieleśnieniem surowej, ulicznej autentyczności północy. Po drugiej stronie stanął Blur, zespół złożony w dużej mierze z absolwentów szkół artystycznych z południa Anglii, którym przypięto łatkę wyniosłej, wielkomiejskiej inteligencji. Ten sztucznie wykreowany konflikt został świadomie podlany benzyną przez wytwórnię Blur, Food Records. To oni, z zimną kalkulacją, przesunęli datę premiery „Country House”, aby zderzyć ją czołowo z singlem Oasis. W ten sposób osobiste animozje zamieniły się w publiczną wojnę totalną, a machina promocyjna ruszyła z kopyta.
Jednak nawet najlepiej wyreżyserowany spektakl potrzebuje iskry zapalnej, a ta pojawiła się w lipcu 1995 roku. Na imprezie zorganizowanej z okazji sukcesu singla „Some Might Say” Damon Albarn, w geście dobrej woli, podszedł pogratulować braciom Gallagher. Odpowiedź, jaką usłyszał od Liama, była kwintesencją jego scenicznego wizerunku: krótkie i aroganckie „My jesteśmy numerem jeden, a wy nie”. Ten policzek podobno osobiście zabolał lidera Blur i stał się paliwem rakietowym do przyspieszenia prac nad nowym utworem. Media dostały na tacy dokładnie to, czego chciały: idealny pretekst, by jeszcze mocniej podkręcić atmosferę.
Blur wygrało bitwę, ale to Oasis wygrało wojnę. Poznaj ostateczny werdykt
Gdy opadł bitewny kurz, a liczniki sprzedaży przestały wirować, okazało się, że w bezpośrednim starciu na szczyt wbił się Blur. Ich „Country House” znalazło 274 tysiące nabywców, wyprzedzając „Roll With It” z wynikiem 216 tysięcy sprzedanych kopii. Radość była jednak krótka, a zwycięstwo smakowało jak zimna herbata. Gitarzysta Graham Coxon gorzko podsumował całą aferę jako „pustą i bezcelową”, przyznając, że medialny cyrk niemal doprowadził go na skraj załamania. Absurd sytuacji doskonale uchwycił basista Alex James, który w geście czystej prowokacji wystąpił w programie Top of the Pops w koszulce Oasis. Zespół wygrał bitwę, ale w oczach wielu fanów stracił coś znacznie cenniejszego: artystyczną duszę.
Prawdziwym triumfatorem okazał się jednak ten, kto myślał o maratonie, a nie o sprincie. Zaledwie sześć tygodni po medialnej bitwie, Oasis wytoczyło swoje najcięższe działo: album „(What’s the Story) Morning Glory?”. Krążek eksplodował na rynku, stając się kulturowym fenomenem i ścieżką dźwiękową dla całego pokolenia. Wynik? Ponad 5,4 miliona sprzedanych egzemplarzy w samej Wielkiej Brytanii i legendarne koncerty w Knebworth w 1996 roku, na które bilety próbowało zdobyć niewyobrażalne 2,6 miliona fanów. Po latach nawet główni aktorzy tego dramatu nie mieli wątpliwości. Noel Gallagher skwitował oba single krótkim „gówno”, a Damon Albarn w wywiadzie z zeszłego roku przyznał bez ogródek:
Oasis wygrali bitwę, wojnę, kampanię, wszystko. To oni są zwycięzcami.
W ten sposób jedna z największych wojen w historii rocka zakończyła się werdyktem, który napisała sama publiczność. A publika, jak wiadomo, nigdy się nie myli.