Pink Floyd to zespół naprawdę szczególny, nie tylko dla rocka, ale historii muzyki ogółem. Formacja pojawiła się w branży pod koniec lat 60., a swój szczyt osiągnęła w kolejnej dekadzie.
To właśnie w latach 70. światło dzienne ujrzały te najlepsze i najsłynniejsze płyty formacji, z The Dark Side of the Moon, Wish You Were Here, Animals i The Wall na czele. W okresie tym w skład Pink Floyd wchodzili Roger Waters, David Gilmour, Nick Mason i Richard Wright. Pod koniec lat 70. jednak, w wyniku wewnętrznych konfliktów, Waters wyrzucił z grupy klawiszowca, w końcu w 1985 roku sam podjął decyzję o odejściu. Choć spodziewał się on, że w związku z tym zespół przestanie istnieć, to David Gilmour podjął rękawicę i zdecydował się stanąć na jego czele.
Mike Portnoy (Dream Theater) o tym, za co ceni Pink Floyd
Dziś Pink Floyd już nie funkcjonują, dziedzictwo formacji pozostaje jednak niezwykle żywe i wciąż inspiruje kolejne pokolenia artystów i artystek.
Do tego, że brytyjska formacja miała wpływ także na niego przyznaje się chociażby Mike Portnoy. Perkusista Dream Theater był ostatnio gościem podcastu "The 500 with Josh Adam Meyers", w którym pochylił się nad swoim albumem wszech czasów - którym, jak się okazuje, jest słynne The Wall Pink Floyd!
W rozmowie perkusista nie ukrywał, że, zdając sobie z kontrowersji, jakie od lat mają miejsce wokół Watersa, to właśnie jego jako frontmana i lidera słynnej formacji ceni najbardziej. Ze słów Portnoya jasno wynika, że bardzo duży wpływ na jego stanowisko ma słabość, jaką od lat żywi do całego projektu, jakim jest The Wall. Stwierdził, że basista może wykonać go w całości z powodzeniem sam - podczas gdy tego samego nie było nigdy w stanie zrobić Pink Floyd z czasów Gilmoura. Zaznaczył on jednak, że niezwykle ceni gitarzystę:
Jestem w obozie Rogera Watersa. Choć w ostatnich latach coraz mniej – szczerze mówiąc, trudno go teraz darzyć sympatią. Jeśli chodzi o twórczość, najbardziej cenię „The Wall”, „Animals” oraz solowe płyty Rogera. Z kolei materiał z czasów, gdy stery przejął David Gilmour – czyli nagrania z lat 80. i 90. – cóż, to nie do końca moja bajka. Mimo to, David Gilmour pozostaje jednym z moich największych gitarowych idoli wszech czasów. Nie chcę więc, by zabrzmiało to tak, jakbym go nie lubił tylko dlatego, że opowiadam się po stronie Watersa – wciąż darzę Davida wielką sympatią. Spójrzmy na największe hity z tego albumu: to David śpiewa w „Another Brick in the Wall (Part 2)”, wykonuje refreny w „Comfortably Numb”, śpiewa w „Run Like Hell” oraz „Hey You”. Wszystkie utwory z tej płyty, które słyszało się w radiu – choćby „Young Lust” – były śpiewane właśnie przez Davida. I to mimo faktu, że był to w dużej mierze album Rogera - wyjaśnia Mike Portnoy.