Roger Waters był zazdrosny o Erica Claptona na koncertach. "Pojawiła się pewna doza urazy"

2026-01-21 14:56

Połączenie sił Rogera Watersa i Erica Claptona na jednej scenie, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, wydawało się muzycznym spełnieniem marzeń, ale rzeczywistość za kulisami była daleka od ideału. Tak przynajmniej wspomina to gitarzysta Tim Renwick.

Roger Waters, Eric Clapton

i

Autor: Wikimedia Commons/ CC BY-SA 4.0

Roger Waters był zazdrosny o Erica Claptona na koncertach. Grali razem w latach osiemdziesiątych 

Rok 1984 był dla Rogera Watersa bez dwóch zdań przełomowy. To właśnie wtedy muzyk, znany z zespołu Pink Floyd, z którego miał lada moment odejść, wypuścił w świat swój pierwszy solowy album zatytułowany The Pros and Cons of Hitch Hiking. Nie każdy o tym wie, że na wspomnianym krążku zagrał m.in. Eric Clapton

Panowie ruszyli później razem w trasę, ale jak wspomina gitarzysta Tim Renwick, który również wziął udział w koncertach promujących album Watersa, atmosfera na backstage'u bywała doprawdy gęsta.

Gitarzyści i gitarzystki wszech czasów według "Rolling Stone"

To dla wielu osób z pewnością nie będzie jakimś większym zaskoczeniem. Przecież nie od dziś wiadomo, że Waters jest znany ze swojego trudnego charakteru. Muzyk chce też mieć nad wszystkim kontrolę. No i lubi być w centrum uwagi. Będąc na jednej scenie z Claptonem o to ostatnie... było już znacznie trudniej. 

Kiedy grał on solówki gitarowe, publiczność wpadała dosłownie w ekstazę. Ogłuszające brawa były na porządku dziennym. To nie do końca podobało się Rogerowi Watersowi. 

Ludzie wyciągali zapalniczki, aplauz był ogromny. Bardzo go to zirytowało, ponieważ – słusznie czy też nie – uważał, że publiczność tak naprawdę nie słucha tych piosenek. Po prostu przyglądała się temu, co robi Eric. Pojawiła się więc pewnego rodzaju doza urazy – przyznał Renwick w wywiadzie dla Guitar Player

Gitarzysta, który później też wspierał Pink Floyd na koncertach, ponadto wspominał, jak pracowało mu się z Watersem. – Świetnie się z nim dogadywałem, kiedy odbywały się próby do trasy koncertowej "Pros and Cons". Byliśmy tylko we dwoje. Ale kiedy zaczęliśmy grać z zespołem, stał się trochę zbyt władczy. Nie było tak lekko, jak mogłoby być. Muszę przyznać, że traktował wszystko bardzo poważnie i zależało mu na tym, żeby wszystko brzmiało dokładnie tak samo, jak na płycie. Był bardzo czujny i zwracał uwagę na pewne rzeczy. Jeśli coś nie zostało zagrane idealnie lub zmieniło charakter utworu, zwracał na to uwagę i dawał do zrozumienia, że ​​zależy mu na tym, żeby było jak najbardziej zbliżone do nagrania – dodał Tim Renwick.

Oto najlepsi basiści w historii rocka według sztucznej inteligencji [TOP10]: