Ostatni taniec Dave'a Mustaine'a i Megadeth. Oto recenzja najnowszego albumu "Megadeth"

2026-01-21 12:43

To koniec pewnej epoki. Dave Mustaine, człowiek, który z buntu i technicznej perfekcji uczynił swój znak rozpoznawczy, kładzie właśnie na stole ostatnią (muzyczną) kartę. Na siedemnasty studyjny album Megadeth mocno czekali fani z całego świata. Po przesłuchaniu "Megadeth" raczej nie powinni być zawiedzeni.

Megadeth

i

Autor: Megadeth/ Materiały prasowe

Megadeth i krążek Megadeth. Czy jest to godne pożegnanie? [RECENZJA]

W połowie sierpnia 2025 roku, niczym grom z jasnego nieba, w mediach społecznościowych pojawiła się informacja, że legendarna formacja Megadeth zamierza wkrótce definitywnie pożegnać się ze sceną. – Jest wielu muzyków, którzy dotarli do kresu swojej kariery: intencjonalnie lub nie. Większość z nich nie mogła odejść na własnych zasadach, a ja jestem teraz na takim etapie życia – wyjaśnił wokalista i gitarzysta Dave Mustaine. Dodał także, że nie powinniśmy się w związku z tym smucić, ponieważ świętowanie, pod kątem koncertowym, potrwa "przez następne kilka lat". 

Temat ostatnich tras w świecie muzycznym jest znany od dawna. Są zespoły, które dotrzymują danego słowa, są też takie, które w pewnym momencie łamią się w tym postanowieniu. Jak to będzie w przypadku Megadeth? O tym przekonamy się w nie tak odległej przyszłości. Teraz natomiast przyszła pora, aby podyskutować o ostatnim studyjnym albumie grupy zatytułowanym po prostu Megadeth.

Najlepsze zagraniczne albumy rock i metal 2025

Jeśli musiałbym skrócić recenzję do jednego zdania, to napisałbym, że muzycy przygotowali konkretny materiał, który nie jest "przegadany" i dobrze się go "trawi" na dłuższą metę. 10 utworów, nieco ponad 40 minut – nie ma mowy o przesycie i bólu brzucha. Dave Mustaine ze swoją świtą dowieźli temat. Najwierniejsi szalikowcy Megadeth powinni być ukontentowani całością. Na siedemnastym wydawnictwie znajdziemy wszystko za co pokochaliśmy amerykańską formację. 

Pierwsze trzy, naprawdę dość udane, single, które zostały zaprezentowane przed premierą – Tipping Point, I Don’t Care i Let There Be Shred – zwiastowały, że panowie postawili przede wszystkim na szybkość i thrashowe korzenie, gdzie nie brakuje miejsca na porywające solówki. Przypomnijmy, że to pierwszy album z fińskim gitarzystą Teemu Mäntysaarim na pokładzie, który miał bardzo duży udział w komponowaniu materiału (jego nazwisko nie pojawia się wyłącznie przy punkowym I Don’t Care). Słychać doskonale, że gość ma niezwykłe umiejętności i dobrze wpasował się do składu zespołu, przez który – na przestrzeni lat – przewinęło się mnóstwo muzyków.

Na Megadeth jest jednak też sporo utworów w średnim tempie. Dobrym przykładem Puppet Parade. Muzycy zwalniają i dokładają pierwiastek przebojowości do refrenu. To szkoła im. Countdown to Extinction. Nie brakuje też odpowiedniego ciężaru. Zadziorny Hey God?!, z prostym, ale jakże skutecznym riffem, przypadnie do gustu fanom Youthanasii. Nie będę ukrywał, że melodia ta natychmiast wpadła mi w ucho. Na podobnym patencie zbudowany został Another Bad Day. Z zastrzeżeniem, że w tym przypadku zabrakło ciekawego pomysłu. To średniak, który z każdym kolejnym odsłuchem traci na znaczeniu. 

Nie zmienia to faktu, że zawartości Megadeth naprawdę dobrze się słucha, choć w drugiej połowie płyty napięcie trochę "siada". Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy będę w przyszłości wracał do takich utworów, jak Obey the Call (z klimatycznymi wstawkami) czy I Am the War, który brzmi do bólu schematycznie. Nie sprawiają one bynajmniej krwawienia uszu, ale początek narobił sporo ochoty, więc oczekiwania w pewnym sensie wzrosły.

Wymagania spełnia natomiast Made to Kill, który jest rodzynkiem w dalszej części albumu i pobudza do wyciągnięcia z szafy "powietrznej gitary". To dość "połamany" numer, ze zmianami tempa, w którym najbardziej może wykazać się perkusista Dirk Verbeuren (wstęp należy do niego). Nie jest to jednak idealny numer, gdyż brakuje mu porządnego refrenu. Na Megadeth najbardziej wyróżnia się zamykający podstawowy zestaw The Last Note. Został przełamany partią gitary akustycznej, a na początku i końcu tekst recytuje Mustaine. W tym momencie człowiek może sobie wszystko poukładać w głowie. I zdać sobie sprawę, że ma do czynienia z ostatnim studyjnym wydawnictwem w dyskografii Megadeth. Przynajmniej tak się, w tym momencie, wydaje.

Nie sposób nie wspomnieć o tzw. "bonus tracku". W końcu mowa o coverze Ride the Lightning Metalliki. Mustaine, który jest współautorem całości, postanowił się z tą kompozycją zmierzyć. Nie zamierzał jej na siłę udziwniać. – Trochę ją przyspieszyliśmy i wzmocniliśmy kilka fragmentów, żeby brzmiała nowocześniej – zapowiadał lider Megadeth. Tak też w rzeczywistości jest. Traktuje to więc jako ukłon w stronę byłych kolegów i ciekawostkę, bez której świat by się nie zawalił. Zwłaszcza, że – na dłuższą metę – kłuje wokal. No właśnie... Jak wygląda sprawa z głosem Mustaine'a na całym albumie? Wiadomo nie od dziś, że to nie jest najmocniejsza strona Dave’a. Czuć upływ lat, ale wykorzystuje on swój aparat w taki sposób, aby jak mniej było słychać mankamentów. Albo przynajmniej, żeby nie wychodziły one zbytnio na wierzch. To się na albumie Megadeth udało, na szczęście.   

Może tegoroczne wydawnictwo nie rzuca na kolana jak Dystopia (to moim zdaniem najlepszy krążek Megadeth w XXI wieku), to skłamałbym, gdybym napisał, że jestem zawiedziony siedemnastym studyjnym albumem zespołu. To solidne zamknięcie naprawdę pięknej historii, która rozpoczęła się w 1983 roku w Los Angeles. Teraz pozostaje tylko łapać Megadeth na trasie (w czerwcu 2026 muzycy zaprezentują się na Mystic Festivalu w Gdańsku) i cieszyć się tym wszystkim. I to z całych sił! 

Najlepsze utwory z albumu: Tipping Point, Hey God?!, Let There Be Shred, The Last Note

Ocena: 7.5/10

Poniżej natomiast przypominamy ciekawostki o albumie Rust in Peace