Niezwykła noc w Poznaniu
Noc z 11 na 12 sierpnia 1984 roku w poznańskiej Adrii miała upłynąć pod znakiem weselnych przyśpiewek i toastów za zdrowie młodej pary. Na parkiecie wirowało trzystu gości Piotra Żmudzińskiego i Doroty Nawrockiej, a orkiestra serwowała kolejne taneczne hity. Nagle, niczym rockandrollowy grom z jasnego nieba, drzwi lokalu otworzyły się, by wpuścić pięciu długowłosych facetów. To nie byli spóźnieni kuzyni, ale muzycy Iron Maiden, którzy zaledwie kilka godzin wcześniej rozpalili do białości publiczność w Hali Arena. W geście czystej, rockowej fantazji, wkroczyli na scenę, chwycili za pożyczone instrumenty i odpalili jeden z najbardziej legendarnych jam session w historii polskiej muzyki. Tego wieczoru w Poznaniu zderzyły się dwie galaktyki: globalna metalowa potęga i swojska, lokalna uroczystość. Ten muzyczny Wielki Wybuch zapisał się na zawsze w rockowych kronikach.
Żelazna Dziewica na polskim weselu
Pan młody, Piotr Żmudziński, musiał tego dnia przełknąć gorzką pigułkę. W kieszeni miał bilet na koncert Iron Maiden, ale data zbiegła się z jego własnym ślubem. Z oczywistych względów wybrał ołtarz, a nie scenę. Los postanowił jednak zagrać mu na nosie, serwując fabularny twist godny najlepszego rockowego teledysku. Skoro Piotr nie mógł dotrzeć do Maidenów, Maideni przyszli do niego. Po oficjalnym gigu zespół szukał miejsca, by podtrzymać koncertowy ogień. Ktoś polecił im Adrię jako dyskotekę, a muzycy wylądowali w samym epicentrum tradycyjnego polskiego wesela. To, co stało się później, przerosło najśmielsze oczekiwania wszystkich, łącznie z samymi gwiazdami wieczoru.
Iron Maiden szukali dyskoteki, a trafili na polskie wesele. Jak to możliwe?
Wyprawa Iron Maiden za Żelazną Kurtynę w ramach trasy World Slavery Tour była w 1984 roku aktem prawdziwej muzycznej odwagi. Zespół jako jeden z pierwszych metalowych gigantów z Zachodu przebił się przez polityczne mury, serwując Polakom aż pięć koncertów w sześć dni. Komunistyczne władze patrzyły na nich spode łba, doszukując się w tekstach „antyradzieckich” treści i obstawiając koncerty kordonami milicji. Szybko jednak stało się jasne, że spragniona publika nie przyszła po polityczną rewoltę, lecz po potężny ładunek decybeli i rockandrollowej wolności. Improwizowany występ w Adrii stał się idealnym symbolem tej wizyty, pokazując, jak spontaniczność i moc muzyki potrafią wysadzić w powietrze sztywne ramy każdego systemu.
Jak wspominał towarzyszący grupie dziennikarz Roman Rogowiecki, gdy muzycy pojawili się przy barze, gościom weselnym szczęki opadły na parkiet. Sam perkusista Nicko McBrain przyznawał, że spodziewali się dyskoteki, a zamiast tego trafili na „około 300 osób tańczących walca”. Inicjatywa wyszła od obsługi lokalu, która rzuciła luźne pytanie, czy zespół nie chciałby czegoś zagrać. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Muzycy podłapali pomysł bez sekundy wahania, udowadniając, że prawdziwy rockandroll nie potrzebuje wielkiej sceny, biletów ani oficjalnego scenariusza. Wystarczy mu czysta pasja.
Jakie covery zagrali na polskim weselu?
Muzycy bez ceregieli chwycili za instrumenty weselnej kapeli i odpalili krótki, ale naładowany potężną energią set. Zamiast swoich hitów, zaserwowali weselnikom klasyki, które sami kochali, w tym potężne wersje „Smoke on the Water” Deep Purple i „Tush” z repertuaru ZZ Top. Panna młoda, Dorota Nawrocka, wspominała, że „było wystarczająco do tańca”, a jej mąż potwierdzał, że nikt nie musiał namawiać gwiazd, bo grali dla czystej frajdy. Opowieść była tak fantastyczna, że z czasem para przestała o niej opowiadać. Kiedy wspominali, że na ich weselu grało Iron Maiden, znajomi kwitowali to żartami, pytając, czy The Beatles nie wpadli przypadkiem na poprawiny.
Bruce Dickinson nic nie pamięta
Na szczęście ta rockandrollowa bajka znalazła swoje potwierdzenie na taśmie filmowej, dzięki dokumentowi „Behind the Iron Curtain”. Co prawda Bruce Dickinson z rozbrajającą szczerością przyznał, że „nie pamięta nic z całego wieczoru”, a menedżer Rod Smallwood i Nicko McBrain zameldowali się w hotelu dopiero nad ranem, wyjąc do nieba fragmenty „Smoke on the Water”. To właśnie takie historie budują prawdziwą legendę. Dziś po poznańskiej Adrii pozostało tylko wspomnienie, bo budynek dawno zrównano z ziemią. Mury mogą runąć, ale echo gitarowych riffów z tamtej nocy będzie brzmieć wiecznie, przypominając, że metalowi bogowie potrafią zagrać nawet do kotleta.