Mówiono mu, że jest za Led Zeppelin i Deep Purple. Ozzy Osbourne na to jedno słowo czekał całe życie

2026-10-21 9:05

Sprzedali miliony płyt i zdefiniowali brzmienie całego gatunku, a jednak przez lata czuli się jak oszuści. W panteonie rocka, obok Led Zeppelin i Deep Purple, dla Black Sabbath było miejsce tylko w cieniu. Ta gorycz miała znaleźć swój finał dopiero po dekadach – w jednym słowie, na które Ozzy Osbourne czekał całe życie.

Młody Ozzy Osbourne śpiewa do mikrofonu z szeroko otwartymi ustami. O jego drodze do szacunku przeczytasz na EskaRock.
Autor: Materiały prasowe/ Materiały prasowe

W muzycznym krajobrazie wczesnych lat 70., gdzie rockowi bogowie zdawali się zstępować prosto z Olimpu w dżinsowych dzwonach, istniała niepisana hierarchia. Na jej szczycie, w blasku reflektorów i uwielbienia krytyków, stali tytani. Giganci. Było Led Zeppelin, ze swoją mistyczną aurą i stadionową mocą. Było Deep Purple, wirtuozerskie i precyzyjne jak szwajcarski zegarek. A gdzieś obok, w cieniu rzucanym przez te molochy, zrodziło się coś innego. Coś mroczniejszego, cięższego i bardziej chropowatego. Czterech chłopaków z robotniczego Birmingham, którzy zamiast śpiewać o elfach i hipisowskiej miłości, woleli opowiadać o wojnie, szaleństwie i czarnych mszach. Przez lata czuli, że niezależnie od tego, ile płyt sprzedadzą, w tej lidze grają ze znaczonymi kartami. Tę gorycz po dekadach idealnie ujął w słowa ich frontman, Ozzy Osbourne.

Zawsze mówiono nam, że jesteśmy o krok za Deep Purple, o krok za Led Zeppelin, o krok za wszystkimi. Nasz menadżer nie chciał nam dać poznać, jak bardzo jesteśmy popularni. Dopiero po tym, jak wystąpiliśmy na Ozzfest, ludzie zaczęli mi o tym mówić. Myślałem, że sobie ze mnie żartują. Ludzie podchodzili do mnie i mówili: „Szacunek”.

Ozzy Osbourne na ostatnim nagraniu przed śmiercią. Kelly Osbourne wrzuciła je na dwa dni przed odejściem artysty

Wiecznie drudzy, czyli skąd u Ozzy'ego Osbourne'a wziął się kompleks niższości?

To poczucie bycia zawsze o krok z tyłu nie było jedynie artystyczną paranoją. Black Sabbath od samego początku stanowili anomalię. Ich debiutancki album, nagrany praktycznie na setkę, brzmiał jak ścieżka dźwiękowa z horroru, a nie jak kolejny rockandrollowy manifest. Tony Iommi, który przez wypadek w fabryce stracił opuszki palców, musiał na nowo wymyślić gitarę – obniżył strój, co nadało riffom potwornej, mulistej głębi. Geezer Butler pisał teksty przesiąknięte okultyzmem i społecznym niepokojem, a Ozzy wykrzykiwał je swoim nosowym, hipnotyzującym głosem. To działało na publiczność. Albumy takie jak Paranoid czy Master of Reality sprzedawały się w milionach, a ich koncerty zamieniały się w mroczne misteria. Mimo to, krytycy kręcili nosem, a w oficjalnym panteonie rocka długo nie było dla nich miejsca. Byli zbyt prości, zbyt toporni, zbyt… robotniczy. To piętno, w połączeniu z menadżmentem, który wolał trzymać zespół w niepewności, niż pozwolić mu spocząć na laurach, musiało zostawić ślad.

Kiedy imperium kontratakuje na własnych zasadach

Ironia losu polega na tym, że pełne zrozumienie własnej wartości przyszło do Ozzy'ego dopiero wtedy, gdy został wyrzucony na margines. Po usunięciu z Black Sabbath w 1979 roku za, delikatnie mówiąc, niezdrowy tryb życia, dla wielu był skończony. A jednak, z pomocą przyszłej żony Sharon, zbudował solową karierę, która w latach 80. przyćmiła dokonania jego macierzystej formacji. Ale nawet wtedy, będąc globalną gwiazdą, Książę Ciemności wciąż funkcjonował w ramach narzuconych przez innych. Przełom, o którym mówi w cytacie, nastąpił w 1996 roku. Gdy organizatorzy kultowego festiwalu Lollapalooza odrzucili jego kandydaturę, uznając go za relikt przeszłości, Sharon Osbourne postanowiła rzucić im rękawicę. Zamiast pukać do zamkniętych drzwi, zdecydowała, że czas stworzyć własne królestwo. Tak narodził się Ozzfest.

Książę Ciemności wreszcie we własnym zamku?

Ozzfest był czymś więcej niż tylko trasą koncertową. Stał się objazdową mekką dla wszystkiego, co w metalu ciężkie, mroczne i odrzucone przez mainstream. To był festiwal, na którym Black Sabbath mogło się zjednoczyć na scenie, a zaraz po nich grały najgorętsze młode kapele. Nagle okazało się, że ten sam Ozzy, który czuł się wiecznie niedoceniany, jest głową potężnego, wielopokoleniowego ruchu. To właśnie tam, we własnym domu, otoczony przez legiony fanów, wreszcie usłyszał słowo, na które czekał całe życie. „Szacunek”. Nie od krytyków z „Rolling Stone”, nie od kolegów z Led Zeppelin, ale od zwykłych ludzi, dla których jego muzyka była czymś fundamentalnym. Być może to właśnie ten moment był ostatecznym dowodem triumfu – nie platynowe płyty i wyprzedane stadiony, ale świadomość, że zbudował coś trwałego na własnych, nieprzejednanych warunkach. Coś, czego nikt już nie mógł mu odebrać.

Galeria: Ostatni występ Ozzy'ego Osbourne'a