90% zysków dla Led Zeppelin. Jak Peter Grant odwrócił zasady gry?
Zanim Peter Grant wszedł do gry, przemysł muzyczny przypominał Dziki Zachód, gdzie artyści byli często ostatnimi w kolejce do zysków. On jeden, menedżer Led Zeppelin, postanowił wywrócić ten stolik do góry nogami i zmienić zasady na zawsze. W erze, gdy wykonawcy mogli liczyć co najwyżej na ochłapy w postaci 10-20% wpływów z koncertów, Grant wjechał z buta i wynegocjował dla swojego zespołu bezprecedensowe 90% z każdego sprzedanego biletu. Ta rewolucja sprawiła, że promotorzy z wszechmocnych bossów stali się wynajętymi pracownikami. Efekty? Jeden koncert w Pontiac Silverdome w 1977 roku przyniósł zespołowi ponad 792 tysiące dolarów, co było kwotą wręcz astronomiczną i ugruntowało pozycję Led Zeppelin jako finansowego molocha, ustanawiając nowy standard dla przyszłych pokoleń rockowych bogów.
Jego talent do twardych negocjacji pokazał pazur już w 1968 roku, kiedy to załatwił zespołowi kontrakt z Atlantic Records na 143 tysiące dolarów zaliczki. W tamtych czasach była to jedna z największych umów w historii, ale prawdziwy geniusz Granta krył się w szczegółach. Zapewnił Zeppelinom nie tylko potężny zastrzyk gotówki, ale również niezwykle wysokie tantiemy, sięgające 7,33% na kluczowych rynkach, oraz, co najważniejsze, pełną kontrolę artystyczną. To był święty Graal każdej kapeli, fundament, na którym zbudowano całą potęgę i niezależność legendarnej grupy.
Żadnych singli, tylko całe albumy. Genialna strategia marketingowa Petera Granta
Grant doskonale rozumiał, że siła Led Zeppelin nie leży w singlowym fast foodzie, ale w potężnych, przemyślanych albumach, które były niczym muzyczne monolity. Wbrew panującym w branży trendom, świadomie odmawiał wydawania popularnych kawałków jako singli na rynku brytyjskim, wzmacniając w ten sposób koncepcję „album-oriented rock”. Ta strategia nie tylko budowała mistyczną aurę wokół zespołu, ale także zmuszała fanów do zakupu całych płyt, by posłuchać takich hymnów jak „Stairway to Heaven”. Jedynymi wyjątkami na początku kariery były single „Good Times Bad Times” i „Whole Lotta Love”, co tylko podkreślało unikatowość tego podejścia w świecie zdominowanym przez krótkie, chwytliwe hity.
Kolejnym krokiem w budowaniu niezależności było wbicie własnej flagi na muzycznej mapie i stworzenie w 1974 roku wytwórni Swan Song Records. To był prawdziwy majstersztyk, który dał Led Zeppelin absolutną władzę nad każdym aspektem ich twórczości, od studia nagraniowego po dystrybucję i marketing. Wytwórnia stała się również platformą do promowania innych artystów, czego najlepszym przykładem jest zespół Bad Company, którego debiutancki album sprzedał się w 1974 roku w nakładzie pięciu milionów egzemplarzy. Grant udowodnił, że artyści mogą z powodzeniem prowadzić własny biznes, omijając korporacyjne struktury wielkich koncernów.
Siekiera i wiadro wody na piratów. Bezkompromisowe metody Petera Granta
Ochrona własności intelektualnej zespołu była dla Petera Granta niemal świętą wojną. Jego metody walki z piractwem i nieautoryzowanymi nagraniami, czyli popularnymi bootlegami, przeszły do legendy. Potrafił osobiście patrolować koncerty w poszukiwaniu sprzętu nagrywającego, a jego reakcje były natychmiastowe i bezkompromisowe. Podczas festiwalu w Bath w 1970 roku oblał nielegalny sprzęt wiadrem wody, po czym dla pewności dokończył dzieła zniszczenia siekierą. Innym razem, w Vancouver w 1971 roku, zdemolował aparaturę, która okazała się... sprzętem do pomiaru hałasu używanym przez urzędników miejskich. Te incydenty, choć ekstremalne, wysyłały jasny sygnał: z Led Zeppelin się nie zadziera.
Grant równie bezwzględnie zarządzał wizerunkiem medialnym grupy, budując wokół niej aurę tajemniczości i ekskluzywności. Ograniczył do minimum występy telewizyjne, bo wiedział, że aby zobaczyć prawdziwą magię Led Zeppelin, trzeba było kupić bilet i doświadczyć jej na żywo. Ta strategia napędzała sprzedaż i prowadziła do rekordowych frekwencji. Jego cięty jak brzytwa język i pogarda dla branżowych konwenansów były legendarne. Gdy menedżer festiwalu Midem, Bernard Chevry, zwrócił się do niego z prośbą o występ „Leda Zeppelina i jego zespołu towarzyszącego”, Grant wykupił całostronicową reklamę w magazynie branżowym z odpowiedzią „Pan Zeppelin żałuje...”, publicznie upokarzając ignoranta.
Największy błąd Petera Granta. Incydent, który rzucił cień na Led Zeppelin
Metody Granta, choć piekielnie skuteczne, często balansowały na granicy prawa i dobrego smaku. Incydent z 1977 roku w Oakland, gdzie menedżer wraz z ochroniarzem brutalnie pobili pracownika promotora Billa Grahama za rzekome uderzenie jego syna, stał się jednym z najciemniejszych rozdziałów w historii zespołu. Chociaż relacje na temat zdarzenia są sprzeczne, incydent doprowadził do aresztowań i rzucił mroczny cień na reputację grupy. Sam Grant nazwał później zatrudnienie zamieszanego w pobicie Johna Bindona największym błędem w swojej karierze, a krytycy argumentowali, że jego agresja szkodziła wizerunkowi muzyków.
Niezależnie od kontrowersji, dziedzictwo Petera Granta jest niezaprzeczalne. Był wizjonerem, który siłą i sprytem wywalczył dla artystów pozycję, o jakiej wcześniej mogli tylko marzyć. Jego strategie, od bezwzględnych negocjacji finansowych, przez pełną kontrolę artystyczną, aż po budowanie marki poprzez ograniczoną ekspozycję, stały się podręcznikiem dla przyszłych pokoleń menedżerów. Choć niektórzy twierdzą, że jego model mógł zadziałać tylko przy fenomenie na skalę Led Zeppelin, to właśnie on udowodnił, że artysta nie musi być pionkiem w grze. Pokazał, że może być królem we własnym zamku, nawet jeśli czasem trzeba przewrócić szachownicę.