Uwikłani w ponurym, chaotycznym szlamie. Queens of the Stone Age - “In Times New Roman…” [RECENZJA]

i

Autor: Materiały prasowe - fot. Andreas Neumann Recenzja albumu Queens of the Stone Age

recenzje

Uwikłani w ponurym, chaotycznym szlamie. Queens of the Stone Age - “In Times New Roman…” [RECENZJA]

2024-05-16 8:38

Najlepsza sztuka wyłania się z bólu. Choć słowa te mogą się wydawać brutalne, a nawet przesiąknięte fetyszyzmem, to największe premiery ostatnich kilku miesięcy są tego najlepszym dowodem. Teraz do tego grona dołącza nowe wydawnictwo od Queens of the Stone Age. Josh Homme dosłownie wylewa na nim wszystkie swoje bolączki ostatnich lat - i bardzo dobrze. Ta formacja nigdy jeszcze nie brzmiała aż tak mrocznie i ponuro.

Queens of the Stone Age wydali w 2017 roku swój siódmy album studyjny. Krążek “Villains” brzmieniowo różnił się od uznawanego za jeden z najlepszych w dorobku grupy “...Like Clockwork”, porzucając elementy artystyczne i eksperymentalne na rzecz rytmicznego rocka, wyprodukowanego przez Marka Ronsona, który w ostatnich latach współpracował np. z Lady Gagą. Projekt otrzymał nominację do nagrody Grammy w kategorii Best Rock Album i promowany był na światowej trasie. Objęła ona swoim zasięgiem Polskę, konkretnie Warszawę, w której Josh Homme i spółka zagrali w czerwcu 2018 roku. Po zakończeniu trasy o QOTSA zrobiło się bardzo cicho, sam lider także nieco usunął się w cień. Nie trzeba było długo czekać, by okazało się, że winne temu były jego problemy prywatne - w 2019 roku doszło do rozwodu Homme’a z Brody Dalle i wzajemnych przepychanek pary. Media zamiast o tworzeniu nowej muzyki, rozpisywały się o kolejnych wnioskach o zakaz zbliżania się, które byli małżonkowie składali przeciwko sobie nawzajem.

Queens of the Stone Age - najlepsze numery rockowej formacji

Powrót w obliczu skandali

Gdy więc pod koniec 2022 roku ogłoszono, że zespół będzie jednym z headlinerów tegorocznego Open’era, stało się jasne, że coś się szykuje. Pojawiały się jednak kolejne ogłoszenia koncertowe, a nowej muzyki, jak nie było, tak nie ma. Homme zdecydował się za to wydać oświadczenie, w którym po raz pierwszy tak otwarcie skomentował swoje życie prywatne i wyjaśnił, jak sytuacja ma się pod względem prawnym, a to dlatego, że w mediach zaczęło pojawiać się coraz więcej sprzecznych informacji na temat dzieci wokalisty i Dalle. Na nową muzykę przyszło nam czekać do maja. To wtedy swoją premierę miał świetny, klimatyczny, nawiązujący brzmieniowo, trochę do “Villains”, a  trochę do “Songs for the Deaf”, “Emotion Sickness”. Choć może on sprawiać wrażenie muzycznie optymistycznego, to wystarczy dobrze wsłuchać się w niespokojny rytm i szczery tekst, by przekonać się, że jest on rozliczeniem się z rozpadem małżeństwa. Kompozycja oficjalnie zapowiedziała album “In Times New Roman…”, który ukazał się 16 czerwca. Słuchając tego pierwszego singla natychmiast przychodzi do głowy “stare dobre Queens of the Stone Age wróciło”. To samo wrażenie miałam, słuchając wydanego jako drugi singiel “Carnavoyeur”. Kolejny świetny strzał, trochę bluesowy, a do tego mocno psychodeliczny z genialną partią gitary i niemal kosmiczną końcówką - a ten refren: “When there's nothing I can do; I smile ; I smile ; Wide”. Ostatnią zapowiedzią okazał się być chaotyczny, niemal punkowy, żywcem wzięty z czasów “Era Vulgaris” “Paper Machete”. Ten brud i chaos ma swój konkretny cel. Homme przyznał, że w tekście do tego utworu wprost odnosi się do manipulacji swojej byłej żony. Tak szczerze więc jeszcze nie było.

Kraina bólu

“Obscenery” to genialny wybór na otwarcie. Zaczyna się niewinnie tak, że natychmiast słychać, że Homme w ostatnich latach współpracował z Panami z Royal Blood. Im dalej, tym dostajemy coraz większą partię chaosu - raz punkowa ostrość, raz psychodeliczny odjazd, aż w końcu… partia orkiestry! A to jeszcze nawet nie druga minuta! Traktuję “Obscenery” jako taki wstęp do tego, co w ostatnich latach działo się w głowie - i w życiu - muzyka. Zresztą, w wywiadzie dla “Revolver” powiedział wprost, że gdy nadszedł czas nagrań nowej płyty, on popadł w zupełną niemoc twórczą i przez prawie rok nie był w stanie nagrać wokali. Może dlatego ten głos jest taki niewinny, niemal słaby w zupełnie powalającym tekstowo “Negative Space” czy będącym odpowiedzią na oczekiwania, że mężczyzna ma być silny i podnosić się za wszelką cenę, “Time & Place”. Łączy się z nim, opowiadający zdaje się o niemal pełnym oddaniu drugiej osobie, trochę industrialny, mogący kojarzyć się z Nine Inch Nails, “Sicily”. Josh nie ukrywał zresztą w wywiadach, których udzielał w ramach promocji, że był przekonany, że nie stworzy już nowej muzyki, że w jego życiu wydarzyło się tyle złego, w tym diagnoza nowotworu, śmierć najbliższych przyjaciół, że nie będzie w stanie poświęcić się komponowaniu i pisaniu. Szybko jednak dodaje, że to właśnie muzyka jest dla niego formą terapii - a “In Times New Roman…” to jak jej swoisty zapis.

Nieco o współczesności

Nowy album QOTSA to nie tylko opowieść o rozwodzie, o rozpadzie porządku codziennego życia. Josh pokusił się także o kilka komentarzy na temat współczesności. Tak więc “Made to Parade” to muzycznie rozmyta wypowiedź na temat tego, jak społeczeństwo oparte jest na poczuciu strachu. Podobny temat, muzycznie pasujący do albumowego poprzednika, zupełnie szalony (będzie genialnie brzmieć na koncertach!), obiera “What the Peephole Say”. Homme ewidentnie uważnie obserwował to, co działo się na świecie w ostatnich latach: pandemia COVID-19, wybory w Stanach Zjednoczonych, wzrost popularności ruchów prawicowych, ludzie otwarcie mówiący o swoich problemach psychicznych i Ci, którzy nie potrafili sobie z nimi poradzić, ostatecznie odbierając sobie życie. Podsumowaniem tego wszystkiego jest niemal apokaliptyczny, zamykający album “Straight Jacket Fitting”. To właśnie od tej trwającej dziewięć minut pieśni tytuł wzięło całe wydawnictwo. Ona sama w sobie jest przegenialnym eksperymentem - czymś pomiędzy numerem akustycznym, a blues rockową kompozycją, nawiązującą do lat 70., opartą na przesterowanej gitarze i niedokładnej produkcji, która w pewnym momencie nabiera stylistyki country. Godne zakończenie.

W czasie nowych władców

Rok 2023 jest naprawdę dobrym czasem dla fanów ciężkich brzmień. Ci najwięksi: Depeche Mode, Metallica, Foo Fighters, Queens of The Stone Age, Iggy Pop, wracają do swoich muzycznych korzeni, do tego, co rynek im zawdzięcza i serwują nam najwyższej jakości wydawnictwa. Zasadniczą kwestią jest jednak nie to, jak śpiewają, a o czym. Rockmani, Ci wielcy, silny playboye, chodzące symbole hasła “sex, drugs & rock and roll” wychodzą i mówią odbiorcom o swoich słabościach, bolączkach, problemach, opowiadają o stratach, jakich doznali, o przetasowaniach życiowych, jakie ich nie ominęły. Rock i metal robią się znowu wyjątkowo szczere - i bardzo dobrze. Przecież tego chcemy od tych gatunków - prawdy, drogi do tego, by znaleźć ujście dla własnych, nie zawsze (może nawet zwłaszcza) pozytywnych emocji. Josh jest brutalnie szczery, cały zespół stworzył mocny, chaotyczny, ostry album, którego słuchając człowiek czuje, jakby płynął w jakimś szlamie. I na końcu się w nim utyka i wraca do “In Times New Roman…” jeszcze raz, zagłębiając się w tym brudzie jeszcze bardziej i mocniej.

Ocena albumu: 8,5/10

Najlepsze utwory z albumu: "Carnavoyeur", "Obscenery", "Emotion Sickness", "What the Peephole Say", "Sicily"

Sprawdź ciekawostki o albumie "Songs for The Deaf":