Snow Patrol



21.01.2009 (12:09)

Podbili serca słuchaczy balladą „Run”. Dwa lata później wrócili z nowym albumem i wygląda na to, że fanów znów im przybyło. O ostatniej, czwartej płycie grupy Snow Patrol, „Eyes Open”, opowiadają wokalista Gary Lightbody i gitarzysta Nathan Connolly.

Eska Rock: Wasz poprzedni album, „Final Straw”, okazał się sporym sukcesem, spodziewaliście się tego?

Gary Lightbody: To było trochę dziwne. Kiedy wydawaliśmy „Final Straw”, mieliśmy na koncie 10 lat grania w zespole. Tyle czasu bez większych sukcesów, aż nagle pojawiamy się w programach typu „Tops Of The Pops”, trafiamy do pierwszej piątki list sprzedaży- zaskoczyła nas ta popularność. Nie spodziewaliśmy się tego. Z drugiej strony to chyba dobrze, że sukces przyszedł po tylu latach, dzięki temu potrafiliśmy spojrzeć na to z dystansu.

E.R: Tytuł nowej płyty wydaje się bardziej optymistyczny niż poprzedniego krążka- to przypadek czy celowe działanie?

G.L.: „Final Straw” było naszą trzecią płytą, ale pierwszą zrobioną dla dużej wytwórni. Byliśmy optymistycznie nastawieni do nagrywania tej płyty, ale wiele osób powtarzało, że to może być nasza ostatnia szansa, stąd tytuł „Kropla, która przepełnia czarę”. Co do „Eyes Open”- to bardzo szczera płyta. Jest tam chyba więcej szczerości niż na którymkolwiek innym naszym albumie. Ale tak naprawdę nie przywiązywałbym zbyt wielkiej wagi do tytułów płyt. To tylko coś, dzięki czemu nie kupisz przez pomyłkę dwa razy tego samego krążka.

E.R.: A skąd w ogóle wziął się tytuł „Eyes Open”?

G.L.: W wielu momentach na płycie jest mowa o oczach, na przykład w utworach „Open You Eyes”, „Shut You Eyes”. Nie próbuję w ten sposób mówić Ci co masz robić- to Ty decydujesz. A „Eyes Open”? Świetnie nadaje się na tytuł albumu. Zawsze mamy problem z nazywaniem płyt, nie możemy wybrać jednego tytułu. Tym razem wszyscy od razu powiedzieli: OK.

E.R.: Nowy album wyprodukował Garret Lee, ten sam, który pracował nad „Final Straw”…

G.L.: Przy poprzedniej płycie początki nie były łatwe. Poznaliśmy go na kilka dni przed sesją nagraniową. Nie wiedzieliśmy wtedy, co zamierza zrobić z tym albumem. Później okazało się, że niepotrzebnie się martwiliśmy, wszystko było w porządku. Staliśmy się prawie jak rodzina, więc było oczywiste, że to właśnie Garret wyprodukuje „Eyes Open”. Tym razem wszystko poszło gładko. Nagrywaliśmy tę płytę w środkowej Irlandii, przez jakieś półtora miesiąca. Garret potrafi doskonale współpracować z każdym z osobna- gra na gitarze, na klawiszach, na perkusji, to prawdziwy geniusz. Ten człowiek ma wizję tego, co chce robić. Nie wyobrażamy sobie już pracy z kimś innym.. Poza tym Garret jest bardzo zabawny, podczas sesji wiele razy rozbawiał nas do łez.

E.R.: Na okładce, tak jak ostatnio, widać dwójkę ludzi. To celowy zabieg czy przypadek?

G.L.: Właściwie na każdej naszej okładce pojawia się jakiś człowiek. W przypadku pierwszej płyty był to Elvis- zabawka, śpiewający dla niedźwiedzi polarnych- to bardzo dosłowne potraktowanie tytułu krążka. Drugi album ma okładkę ze zdjęciem chłopca z papierowymi skrzydłami, na jakiejś górze. Bez obaw, nie skoczył! Trzecia okładka- to rysunek dziewczyny i chłopaka, w „śniegowych pierzynach”.

N.C.: A na okładce „Eyes Open” mamy obejmującą się parę.

E.R: Ubiegły rok był dla Was bardzo pracowity- przygotowywaliście płytę, a przy okazji graliście jako support U2 podczas ich trasy. Jak Wam się to podobało?

G.L.: Latem zapytano nas czy chcemy pojechać w trasę z U2.

N.C.: Powiedzieliśmy: tak.

G.L.: Oczywiście, że tak. Kiedy ktoś zadaje Ci takie pytanie, jest jedna prawidłowa odpowiedź. Później tylko pytasz o to, dokąd pojedziecie. To było bardzo ciekawe doświadczenie, zobaczyliśmy, jak wygląda cała ta machina koncertowa, bo to rzeczywiście gigantyczny mechanizm. Z drugiej strony, wszyscy byli bardzo mili i pomocni. Koncertowaliśmy z różnymi zespołami, ale U2 to naprawdę równi, skromni kolesie. Miło być traktowanym z takim szacunkiem.

E.R.: Denerwowaliście się na początku tej trasy?

N.C.: Pierwszego dnia, w Brukseli przed wejściem na scenę prawie się rozchorowałem, to świadczy o tym jak bardzo byliśmy zdenerwowani. Podczas pierwszego koncertu właściwie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po publiczności.

G.L.: Czasami publiczność była trochę zdystansowana, ale spotkaliśmy się też z niesamowicie gorącym przyjęciem, na przykład w Dublinie i w Paryżu. To było niesamowite. Przy okazji zobaczyliśmy ogromne różnice między koncertami U2 a naszymi. Oni naprawdę mają wszystko idealnie przygotowane. Widzieliśmy jak na dzień przed występem muzycy ustalali ze specjalistami od świateł ustawienie oświetlenia w konkretnych momentach koncertu. Wiele osób pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego jak to wygląda. Ludzie myślą, że U2 wsiadają do samolotu i przylatują na miejsce na dwie minuty przed koncertem. W żadnym wypadku- oni mają pod kontrolą każdy szczegół koncertu.

E.R.: Skoro o koncertach mowa, jaki były pierwsze koncerty w Waszym życiu?

G.L.: Ja zawsze wspominam drugi koncert w moim życiu, był znacznie lepszy od tego pierwszego, dlatego opowiadam najpierw o nim. To była Nirvana, supportowana przez Teenage Fanclub. Od tego koncertu minęło już 13 lat, a ja do tej pory nie widziałem lepszego występu. Co do tego prawdziwego pierwszego koncertu- na początku lat `90 wdziałem w Belfaście Red Hot Chili Peppers. Suportem był Rollins Band. Wtedy bardzo lubiłem „Papryczki”, ale największe wrażenie zrobił na mnie Rollins Band, którego wcześniej nie znałem. Henry był najbardziej przerażającym facetem jakiego w życiu widziałem. Nad publicznością w Belfaście trudno zapanować, ludzie na niego pluli. Wtedy Henry powiedział: „Jeśli ktoś jeszcze na mnie napluje, pogadam z nim osobiście”. Od tej pory był spokój.

N.C.: W połowie lat `90 poszedłem na koncert Therapy? Miałem wtedy jakieś 14 lat.

E.R.: Wróćmy do Waszej nowej płyty: jak wyglądało pisanie piosenek? Jak dzieliliście się pracą nad albumem?

G.L.: To wygląda tak: ktoś przynosi pomysł na piosenkę, a potem wspólnie nad nim pracujemy. Kiedyś to głownie ja wychodziłem z inicjatywą, teraz coraz częściej swoje pomysły zgłaszają też Nathan i Paul. Świetnie sobie radzą z pisaniem utworów i to dobrze wróży nam na przyszłość, teraz będziemy mieć już trzech takich „piszących”. Ogólnie i tak nad wszystkim pracujemy wspólnie, można powiedzieć, że w zespole mamy demokrację.

E.R.: Co Was inspiruje?

G.L.: Wiele rzeczy. Tak naprawdę trudno mi przeżyć dzień bez myślenia o muzyce. Czujemy, że urodziliśmy się, żeby grać. Pewnie moglibyśmy robić w życiu coś innego, ale nie chcemy, więc po prostu tworzymy muzykę. Ja najczęściej piszę o związkach. Można powiedzieć, że inspirują mnie kobiety.

N.C.: Czasami inspirujące jest też to, co tworzą inni. To „nakręca” do tworzenia nowych rzeczy albo wzbudza Twoją zazdrość (śmiech).

E.R.: Macie na „Eyes Open” jakieś ulubione piosenki?

G.L.: Moje ulubione utwory często się zmieniają, dzisiaj ten, jutro tamten. Ale jest piosenka, do której często wracam- „Set The Fire To The Third Bar”. Śpiewam ją z niesamowitą Marthą Wainwright. Tę miłosną piosenkę napisałem właśnie dla niej, dla jej głosu, chociaż wcale jej nie znałam. To cudowna kobieta. Weszła do studia, zrobiła parę prób i świetnie zaśpiewała ten utwór. Wcześniej nie nagrywaliśmy duetów. Słuchasz nowej płyty, a tu nagle, w połowie czwartego albumu trafiasz na duet- i to z takim głosem. Ludzie będą zaskoczeni.

E.R.: Jak odkrywacie nową muzykę, płyty, których słuchacie potem tygodniami?

G.L.: Ja lubię tradycyjny sposób: idę do sklepu muzycznego i pytam faceta za ladą o coś nowego, wartego uwagi. Coraz mniej osób tak robi. Szkoda, bo to też dobre dla zdrowia. Przy okazji robisz sobie spacer, zaczerpniesz świeżego powietrza… albo zapalisz po drodze papierosa. Jest też sposób dla leniwych, czyli różne witryny internetowe z muzyką.

N.C.: Ja mam dwie metody wyszukiwania nowości: czytam magazyny muzyczne i zaznaczam to, co mnie interesuje albo czekam aż Gary coś kupi i mi poleci (śmiech).

E.R.: Jaki płyty ostatnio kupiliście?

G.L.: Kupiłem nowe Flaming Lips “At War With The Mystics”. Jeszcze nie słuchałem całej płyty, ale puszczam ciągle pierwszą piosenkę „The Yeah Yeah Yeah Song”- jest świetna.

N.C.: Kupiłem ostatnio Yeah Yeah Yeahs i Calexico.

E.R.: Macie w swoich płytowych kolekcjach rzeczy, które lubicie, a do których niechętnie się przyznajecie?

G.L.: Oj, tak. Amerykański rock z lat `70 i `80: Journey, Air Supply. Te klimaty nigdy mnie nie inspirowały, ale nie mogę im się oprzeć (śpiewa piosenkę Journey “Don`t Stop Believin`”: Just a small town girl, living in a lonely world…).



NAJNOWSZE HITY w eskarock.pl

  • zdjęcie Little One
  • zdjęcie Legendary
  • zdjęcie Man Of War
  • zdjęcie The Promise
  • zdjęcie The Man
  • zdjęcie  The Way You Used To Do
  • zdjęcie All I Can Think About Is You
  • zdjęcie Paranoiac Personality
  • zdjęcie Going Backwards
  • zdjęcie I Only Lie When I Love You
  • zdjęcie I Promise
  • zdjęcie Run
  • zdjęcie Everything Now
  • zdjęcie Polsko
  • zdjęcie Wall of Glass
  • zdjęcie Twoje motylki
  • zdjęcie Hot Blood
  • zdjęcie Nieboskłon
  • zdjęcie Dig Down
  • zdjęcie Song On Fire
  • zdjęcie Pismo