Manic Street Preachers



21.01.2009 (14:57)

Manic Street Preachers szykują się do wydania nowej płyty. Zanim jednak posłuchamy ich świeżego albumu, James Dean Bradfield opowiada nam o krążku "Send Away The Tigers" i powrocie zespołu do korzeni.

Eska Rock: O "Send Away The Tigers" mówicie, że to płyta, która pomogła Wam coś udowodnić...

James Dean Bradfield: Mieliśmy wrażenie, że w ostatnich latach tworzyliśmy poniżej swoich możliwości. Część naszych wiernych fanów stwierdziła, że straciliśmy ten rock'n'rollowy pazur. Wiedzieliśmy więc, że przy nagrywaniu tej płyty musimy zaufać naszemu muzycznemu instynktowi. Powinniśmy być bardziej dosłowni; wrócić do konkretnego, gitarowego grania. Dla nas było jasne, czego chcemy: powrotu do prawdziwego rock'n'rolla.

E.R.: A skąd taki tytuł?

J.D.B.: Był taki brytyjski komik, Tony Hancock. To bardzo popularna, ale też skomplikowana postać: był alkoholikiem, chorował na depresję, w końcu popełnił samobójstwo. Odizolował się od wszystkich, których znał: od autorów tekstów, przyjaciół, menadżerów, i wyjechał do Australii. Czasami, kiedy coś się nie układało, mówił "proszę, zabierzcie tygrysy" ("send away the tigers") i zaczynał pić. Bardzo nam się to spodobało. To był człowiek, który zawsze uciekał przed tym, dzięki czemu stał się sławny; zawsze miał poczucie, że coś można było zrobić lepiej;  nie był zadowolony z efektów swojej pracy. Pomyśleliśmy, że to jego powiedzonko pasuje do tego, co czasem czuliśmy jako grupa: trudno było nam cieszyć się tym, co osiągnęliśmy, wysłuchiwaliśmy krytycznych głosów i próbowaliśmy być innymi ludźmi. To zdanie może mieć jeszcze jedno znaczenie: porzuć to, co cię gnębi i zajmij się tym, co masz.

E.R.: Skąd pomysł na duet z Niną Persson w pierwszym singlu?

J.D.B.: To był pomysł Nicka. Na początku ten utwór miał być zupełnie inny. Nick miał długie rozmowy z Ritchiem o tym, co daje ludziom szczęście: religia, demokracja, nienawiść, miłość i takie tam. Kiedy zaczęliśmy pisać piosenki, od razu zabrzmiało to, jak duet; rozmowa kobiety i mężczyzny. Nick stwierdził: "Nina byłaby doskonała!". Ten pomysł bardzo mi się spodobał, ale bałem się, że ona odmówi. Byliśmy zaskoczeni, że kiedy zgodziła.

E.R.: Nagrywaliście tę piosenkę wspólnie, w jednym studiu?

J.D.B.: Nie. Skończyliśmy nagrywanie muzyki i chórków do tego utworu w Irlandii. Nick i Sean pojechali do Walii, a ja poleciałem na nagranie do Nowego Jorku. Miałem lekką tremę. Nina i jej mąż mają małe studio nagrań w Nowym Jorku. Nina zaczęła nagrywać wokale do piosenki i dokładnie wiedziała, jak ona ma brzmieć; wszystko miała już przećwiczone. To niesamowite oglądać kogoś, kto śpiewa naszą muzykę i trochę onieśmielające, bo robiła to świetnie, na luzie. Nina śpiewała tak, jak gdyby poza muzyką. Z czegoś takiego słynął Frank Sinatra. Czułem się wtedy, jakbym oglądał jego żeńską wersję.

E.R.: Niektórzy fani w ostatnich latach stracili wiarę w Wasz zespół, jak sądzisz- mieli rację?

J.D.B.: Czuliśmy, że musimy na nowo dotrzeć do naszych najwierniejszych fanów. Zdaliśmy sobie sprawę, że kiedy krytykowali nas za to, co zrobiliśmy w ciągu ostatnich pięciu lat, mieli trochę racji. Mogliśmy znów trafić do osób, które nas kiedyś słuchały, nagrywając bezpretensjonalny, bezpośredni, rockowy album. Nie chcieliśmy myśleć o muzyce tak dużo, jak w ostatnich latach, zwłaszcza przy poprzedniej płycie, "Lifeblood". Ciągle zastanawialiśmy się nad brzmieniem i przestaliśmy polegać na naszych instynktach. Znikła nasza prawdziwa natura. Stwierdziliśmy, że pora wrócić do korzeni i jeśli nam to się uda, słuchacze będą zadowoleni.

E.R.: Jak wspominasz pracę nad "Send Away The Tigers"?

J.D.B.: To była rewelacyjna zabawa. Mimo że kłóciliśmy się czasem w studiu, tworzenie ciągle sprawiało nam przyjemność, bo tak naprawdę spieramy się z osobami, które kochamy - wtedy szanujesz zdanie tego, z kim dyskutujesz. Wiedziałem, że jeśli kłócę się z Nickiem albo z Seanem o muzykę, to wszystko jest dla dobra płyty. Przy nagraniu tego albumu mieliśmy umowę: jeśli jakaś piosenka nie zabrzmi dobrze podczas próby, nie spodoba nam się podczas pierwszych minut grania, rezygnujemy z tego kawałka. To była dobra decyzja. To dzięki temu lepiej nam się pracowało; nie musieliśmy się niepotrzebnie głowić nad tym, co nam nie pasowało. To było bardzo naturalne; wkładasz tyle wysiłku w napisanie piosenki, że nie powinieneś już zastanawiać się nad nią, kiedy ją grasz.

E.R.: Wasz zespół to jedna z takich ekip, w których akurat konflikty rzadko się zdarzają, więc taka sesja i wspólne przebywanie 24 h na dobę nie jest niczym dokuczliwym?

J.D.B.: Byliśmy na wsi w Irlandii, otaczały nas tylko pola, krowy i owce. Pochodzimy z Walii, więc jesteśmy przyzwyczajeni do takiego widoku. Byliśmy tam razem 24h/dobę - cały czas gadaliśmy o muzyce, sporcie albo o polityce. Było cudownie! Czuliśmy się jak na letnim obozie. Jesteśmy sobie bliżsi niż można sobie to wyobrazić. Perkusista, Sean, jest moim kuzynem i mieszkaliśmy razem odkąd mieliśmy 10 lat. Nick jest moim najlepszym przyjacielem odkąd miałem 7 lat, dlatego bardzo lubimy ze sobą przebywać, nawet jeśli się kłócimy. Świetnie było spędzić trochę czasu wspólnie i to na wsi, gdzie nikt cię nie rozprasza i możesz się skoncentrować na muzyce. Niewiarygodne, że świetnie się rozumiemy i tak lubimy ze sobą przebywać!

E.R.: Masz jakieś ulubione utwory na tej płycie?

J.D.B.:
Mam dwa ulubione kawałki na tej płycie: "Your Love Alone Is Not Enough" i "Indian Summer". Właściwie nie, jest jeszcze trzeci - "Rendition". - Kiedy skończyliśmy nagrywanie i okazało się, że na płycie będzie 10 kawałków i 1 ukryty utwór, pomyślałem sobie, że może przydałaby się jeszcze jakaś jedna piosenka? Jakaś spokojna, może akustyczna? Próbowałem coś napisać, ale nic odpowiedniego nie przychodziło mi do głowy. Zdałem sobie sprawę, że mamy już całość, nie było piosenki, która by się nadawała, więc powinniśmy to sobie odpuścić. Skoro uznaliśmy, że płyta jest już gotowa, powinniśmy zaufać naszemu wyczuciu i po prostu to zostawić. Nie możesz nagle zacząć zmieniać czegoś, co ma już jakąś formę. Cieszę się, że ta płyta jest taka bezpośrednia i polegaliśmy na naszym muzycznym przeczuciu. Nagraliśmy 10 utworów i tyle. Kolejne po prostu nie miały powstać.

E.R.: Czy to, że zdążyłeś wcześniej nagrać solowy album miało wpływ na pracę w grupie?

J.D.B.: Moja samodzielna praca miała wpływ na moje myślenie o zespole. Zacząłem bardziej doceniać grupę. Nagrywanie solowej płyty było dla mnie świetną zabawą; takim oderwaniem się od normalnej pracy. Czułem się prawie jak na wakacjach, ale przy okazji zrozumiałem, że aby dać z siebie wszystko czasem potrzebne są kłótnie, napięcia i dyskusje. Kocham Manic Street Preachers. To nie zmienia faktu, że czasem się spieramy, ale dzięki temu możemy stworzyć jeszcze lepsze rzeczy. Podczas pracy nad solową płytą nie miałem takiego twórczego napięcia i bardzo mi tego brakowało. W zespole jesteśmy jak bracia - czasem się kłócimy, ale tylko i wyłącznie dla dobra muzyki.

E.R.: Fanom bardzo spodobała się szata graficzna nowej płyty Manic Street Preachers. Czyj to pomysł?

J.D.B. Na początku naszej kariery współpracowaliśmy z Valerie Phillips - to taka artystka zajmująca się fotografią, stworzyła okładkę do singla "Motorcycle emptiness". Nick kolekcjonował jej albumy. Valerie zaczęła wydawać co trzy lata albumy przedstawiające życie Moniki (to taka dziewczyna z Nowego Jorku). Valerie fotografowała ją, odkąd dziewczyna miała 15 lat. Nick stwierdził, że zdjęcia Moniki świetnie ukazują dorastanie. Podobało nam się to przejście od niewinności do dorosłości. To świetnie pasowało do naszej płyty; poza tym, współpracowaliśmy z Valerie wiele lat temu, więc okazało się, że wracamy do korzeni nie tylko w muzyce.

E.R.: Co czujesz, kiedy czytasz w brukowcach artykuły o swoich kolegach z branży, on skandalach?

J.D.B.: Świat potrzebuje różnorodności i odmienności. Wszyscy kochają Elvisa, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że gdyby dzisiaj żył, pewnie bardziej byłby znany dzięki jedzeniu hamburgerów i kanapek z masłem orzechowym, niż dzięki swojej muzyce. Tak to już jest. Potrzeba nam skrajności. Kiedy byłem młody, bardzo cieszyło mnie moje podejście do polityki - nie zgadzałem się z Margaret Thatcher, miałem inne poglądy niż większość kraju; po prostu miałem coś, przeciwko czemu mogłem protestować. Gdyby świat składał się tylko z takich ludzi, jak my albo Thom Yorke z Radiohead, byłoby bardzo nudno - bo czemu się tutaj przeciwstawiać? Ale szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego ludzi bardziej interesuje życie muzyków, niż to, co oni tworzą. Najlepiej omijać te wszystkie programy i artykuły o gwiazdach - wtedy będziesz miał święty spokój. 

E.R.: A co sądzisz o polityczno- społecznych akcjach, w które angażują się, również w muzyce, artyści?

J.D.B.: W Wielkiej Brytanii jest teraz wielu muzyków z dobrych, bogatych domów, którzy chcą mówić wszystkim, jak mają żyć. Oni przekonują nas, że największym politycznym problemem świata jest efekt cieplarniany. Proszę bardzo, to jest ważne, ale trzeba najpierw zająć się tym, co się dzieje w kraju, zanim zabierzemy się za takie kwestie. Dla mnie najważniejsze jest to, jak działa służba zdrowia, szkoły i to, żeby ludzie zrezygnowali z prawicowych poglądów, np. w sprawie imigrantów. Coraz więcej osób twierdzi, że ta fala imigracji nie da się opanować i popiera prawicę. Chciałbym zatrzymać to poparcie dla prawicowych polityków, a ludzie powinni zainteresować się tym, co się dzieje na ich podwórku, zanim zaczną myśleć o reszcie świata.




NAJNOWSZE HITY w eskarock.pl

  • zdjęcie Little One
  • zdjęcie Legendary
  • zdjęcie Man Of War
  • zdjęcie The Promise
  • zdjęcie The Man
  • zdjęcie  The Way You Used To Do
  • zdjęcie All I Can Think About Is You
  • zdjęcie Paranoiac Personality
  • zdjęcie Going Backwards
  • zdjęcie I Only Lie When I Love You
  • zdjęcie I Promise
  • zdjęcie Run
  • zdjęcie Everything Now
  • zdjęcie Polsko
  • zdjęcie Wall of Glass
  • zdjęcie Twoje motylki
  • zdjęcie Hot Blood
  • zdjęcie Nieboskłon
  • zdjęcie Dig Down
  • zdjęcie Song On Fire
  • zdjęcie Pismo