Opowieść gitarzysty Nicky’ego Wire’a: Manic Street Preachers przechodzą proces niszczenia tego, kim są. Wszystkie zespoły tak robią, jednak od czasu albumów "Everything Must Go" i "This Is My Truth, tell Me Yours" powoli zmieniamy się w kupkę gruzu. Dlatego pracując nad "Send Away The Tigers" słuchaliśmy "Everything Must Go" a nawet przepełnionej młodzieńczym idealizmem płyty "Generation Terrorists".
Próbowaliśmy przypomnieć sobie jak było, gdy mieliśmy po 18-21 lat i przywrócić do naszej muzyki to, co wówczas tak nas ekscytowało. Cynizm jest cudowny. Ale okazuje się, że nie sprawdza się w przypadku zespołu."Send Away The Tigers" nie jest jakimś wymyślnym concept albumem, ale kryjąca się za nim pewna teoria jest bardzo istotna. Napisaliśmy około 30 utworów na potrzeby tego krążka. Tym razem jednak bardzo starannie dobieraliśmy piosenki, na ostatnich płytach było ich chyba bowiem za dużo.
Zaczęliśmy pisać album pod koniec 2005 roku. Nagrywanie zaczęliśmy w marcu
2006 roku z Dave'em Eringiem. Sesja odbyła się w studiach Stir w Cardiff oraz w Grouse Lodge w hrabstwie Westmeath w Irlandii. Zakończyliśmy w listopadzie 2006 roku. Ostateczne miksy odbyły się w Kalifornii.
Jednocześnie James i ja wydaliśmy nasze pierwsze solowe albumy - jego "The Great Western" i mój "Killed The Zeitgeist". Praca nad własnymi projektami była ważna i pomocna. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, czego naprawdę pragniemy i w czym jesteśmy dobrzy. Kilka koncertów jakie dałem, nowi ludzie, to wszystko było bardzo stymulującym doświadczeniem a jednocześnie świetną zabawą. Zrozumiałem, że z Manic Street Preachers zaprzepaściliśmy ten moment gdy jednocześnie dobrze się bawisz i jesteś poważny. The Clash i Sex Pistols są w tej kwestii naszymi największymi idolami. Nie przyznawaliśmy się do tego, ale taka jest prawda. Ten album to powrót do źródła. Na tej płycie James ponownie starał się zawrzeć w jednej linijce jak najwięcej słów. Chwilami niemal tracił dech śpiewając refren. Kiedyś martwiłem się, że w natłoku wyrazów ludziom umykają moje teksty. Ale w końcu przestałem się martwić. W końcu w ten sposób powstał numer "If You Tolerate This Your Children Will Be Next", nasz największy przebój, którego nie sposób zrozumieć ze słuchu.Przy "Send Away The Tigers" postanowiliśmy, że nie będziemy się wstydzić za to, kim jesteśmy.
Eska Rock: O "Send Away The Tigers" mówicie, że to płyta, która pomogła Wam coś udowodnić...
James Dean Bradfield: Mieliśmy wrażenie, że w ostatnich latach tworzyliśmy poniżej swoich możliwości. Część naszych wiernych fanów stwierdziła, że straciliśmy ten rock'n'rollowy pazur. Wiedzieliśmy więc, że przy nagrywaniu tej płyty musimy zaufać naszemu muzycznemu instynktowi. Powinniśmy być bardziej dosłowni; wrócić do konkretnego, gitarowego grania. Dla nas było jasne, czego chcemy: powrotu do prawdziwego rock'n'rolla.
E.R.: A skąd taki tytuł?
J.D.B.: Był taki brytyjski komik, Tony Hancock. To bardzo popularna, ale też skomplikowana postać: był alkoholikiem, chorował na depresję, w końcu popełnił samobójstwo. Odizolował się od wszystkich, których znał: od autorów tekstów, przyjaciół, menadżerów, i wyjechał do Australii. Czasami, kiedy coś się nie układało, mówił "proszę, zabierzcie tygrysy" ("send away the tigers") i zaczynał pić. Bardzo nam się to spodobało. To był człowiek, który zawsze uciekał przed tym, dzięki czemu stał się sławny; zawsze miał poczucie, że coś można było zrobić lepiej; nie był zadowolony z efektów swojej pracy. Pomyśleliśmy, że to jego powiedzonko pasuje do tego, co czasem czuliśmy jako grupa: trudno było nam cieszyć się tym, co osiągnęliśmy, wysłuchiwaliśmy krytycznych głosów i próbowaliśmy być innymi ludźmi. To zdanie może mieć jeszcze jedno znaczenie: porzuć to, co cię gnębi i zajmij się tym, co masz.
E.R.: Skąd pomysł na duet z Niną Persson w pierwszym singlu?
J.D.B.: To był pomysł Nicka. Na początku ten utwór miał być zupełnie inny. Nick miał długie rozmowy z Ritchiem o tym, co daje ludziom szczęście: religia, demokracja, nienawiść, miłość i takie tam. Kiedy zaczęliśmy pisać piosenki, od razu zabrzmiało to, jak duet; rozmowa kobiety i mężczyzny. Nick stwierdził: "Nina byłaby doskonała!". Ten pomysł bardzo mi się spodobał, ale bałem się, że ona odmówi. Byliśmy zaskoczeni, że kiedy zgodziła.
E.R.: Nagrywaliście tę piosenkę wspólnie, w jednym studiu?
J.D.B.: Nie. Skończyliśmy nagrywanie muzyki i chórków do tego utworu w Irlandii. Nick i Sean pojechali do Walii, a ja poleciałem na nagranie do Nowego Jorku. Miałem lekką tremę. Nina i jej mąż mają małe studio nagrań w Nowym Jorku. Nina zaczęła nagrywać wokale do piosenki i dokładnie wiedziała, jak ona ma brzmieć; wszystko miała już przećwiczone. To niesamowite oglądać kogoś, kto śpiewa naszą muzykę i trochę onieśmielające, bo robiła to świetnie, na luzie. Nina śpiewała tak, jak gdyby poza muzyką. Z czegoś takiego słynął Frank Sinatra. Czułem się wtedy, jakbym oglądał jego żeńską wersję.
E.R.: Niektórzy fani w ostatnich latach stracili wiarę w Wasz zespół, jak sądzisz- mieli rację?
J.D.B.: Czuliśmy, że musimy na nowo dotrzeć do naszych najwierniejszych fanów. Zdaliśmy sobie sprawę, że kiedy krytykowali nas za to, co zrobiliśmy w ciągu ostatnich pięciu lat, mieli trochę racji. Mogliśmy znów trafić do osób, które nas kiedyś słuchały, nagrywając bezpretensjonalny, bezpośredni, rockowy album. Nie chcieliśmy myśleć o muzyce tak dużo, jak w ostatnich latach, zwłaszcza przy poprzedniej płycie, "Lifeblood". Ciągle zastanawialiśmy się nad brzmieniem i przestaliśmy polegać na naszych instynktach. Znikła nasza prawdziwa natura. Stwierdziliśmy, że pora wrócić do korzeni i jeśli nam to się uda, słuchacze będą zadowoleni.
E.R.: Jak wspominasz pracę nad "Send Away The Tigers"?
J.D.B.: To była rewelacyjna zabawa. Mimo że kłóciliśmy się czasem w studiu, tworzenie ciągle sprawiało nam przyjemność, bo tak naprawdę spieramy się z osobami, które kochamy - wtedy szanujesz zdanie tego, z kim dyskutujesz. Wiedziałem, że jeśli kłócę się z Nickiem albo z Seanem o muzykę, to wszystko jest dla dobra płyty. Przy nagraniu tego albumu mieliśmy umowę: jeśli jakaś piosenka nie zabrzmi dobrze podczas próby, nie spodoba nam się podczas pierwszych minut grania, rezygnujemy z tego kawałka. To była dobra decyzja. To dzięki temu lepiej nam się pracowało; nie musieliśmy się niepotrzebnie głowić nad tym, co nam nie pasowało. To było bardzo naturalne; wkładasz tyle wysiłku w napisanie piosenki, że nie powinieneś już zastanawiać się nad nią, kiedy ją grasz.
E.R.: Wasz zespół to jedna z takich ekip, w których akurat konflikty rzadko się zdarzają, więc taka sesja i wspólne przebywanie 24 h na dobę nie jest niczym dokuczliwym?
J.D.B.: Byliśmy na wsi w Irlandii, otaczały nas tylko pola, krowy i owce. Pochodzimy z Walii, więc jesteśmy przyzwyczajeni do takiego widoku. Byliśmy tam razem 24h/dobę - cały czas gadaliśmy o muzyce, sporcie albo o polityce. Było cudownie! Czuliśmy się jak na letnim obozie. Jesteśmy sobie bliżsi niż można sobie to wyobrazić. Perkusista, Sean, jest moim kuzynem i mieszkaliśmy razem odkąd mieliśmy 10 lat. Nick jest moim najlepszym przyjacielem odkąd miałem 7 lat, dlatego bardzo lubimy ze sobą przebywać, nawet jeśli się kłócimy. Świetnie było spędzić trochę czasu wspólnie i to na wsi, gdzie nikt cię nie rozprasza i możesz się skoncentrować na muzyce. Niewiarygodne, że świetnie się rozumiemy i tak lubimy ze sobą przebywać!
E.R.: Masz jakieś ulubione utwory na tej płycie?
J.D.B.: Mam dwa ulubione kawałki na tej płycie: "Your Love Alone Is Not Enough" i "Indian Summer". Właściwie nie, jest jeszcze trzeci - "Rendition". - Kiedy skończyliśmy nagrywanie i okazało się, że na płycie będzie 10 kawałków i 1 ukryty utwór, pomyślałem sobie, że może przydałaby się jeszcze jakaś jedna piosenka? Jakaś spokojna, może akustyczna? Próbowałem coś napisać, ale nic odpowiedniego nie przychodziło mi do głowy. Zdałem sobie sprawę, że mamy już całość, nie było piosenki, która by się nadawała, więc powinniśmy to sobie odpuścić. Skoro uznaliśmy, że płyta jest już gotowa, powinniśmy zaufać naszemu wyczuciu i po prostu to zostawić. Nie możesz nagle zacząć zmieniać czegoś, co ma już jakąś formę. Cieszę się, że ta płyta jest taka bezpośrednia i polegaliśmy na naszym muzycznym przeczuciu. Nagraliśmy 10 utworów i tyle. Kolejne po prostu nie miały powstać.
E.R.: Czy to, że zdążyłeś wcześniej nagrać solowy album miało wpływ na pracę w grupie?
J.D.B.: Moja samodzielna praca miała wpływ na moje myślenie o zespole. Zacząłem bardziej doceniać grupę. Nagrywanie solowej płyty było dla mnie świetną zabawą; takim oderwaniem się od normalnej pracy. Czułem się prawie jak na wakacjach, ale przy okazji zrozumiałem, że aby dać z siebie wszystko czasem potrzebne są kłótnie, napięcia i dyskusje. Kocham Manic Street Preachers. To nie zmienia faktu, że czasem się spieramy, ale dzięki temu możemy stworzyć jeszcze lepsze rzeczy. Podczas pracy nad solową płytą nie miałem takiego twórczego napięcia i bardzo mi tego brakowało. W zespole jesteśmy jak bracia - czasem się kłócimy, ale tylko i wyłącznie dla dobra muzyki.
E.R.: Fanom bardzo spodobała się szata graficzna nowej płyty Manic Street Preachers. Czyj to pomysł?
J.D.B. Na początku naszej kariery współpracowaliśmy z Valerie Phillips - to taka artystka zajmująca się fotografią, stworzyła okładkę do singla "Motorcycle emptiness". Nick kolekcjonował jej albumy. Valerie zaczęła wydawać co trzy lata albumy przedstawiające życie Moniki (to taka dziewczyna z Nowego Jorku). Valerie fotografowała ją, odkąd dziewczyna miała 15 lat. Nick stwierdził, że zdjęcia Moniki świetnie ukazują dorastanie. Podobało nam się to przejście od niewinności do dorosłości. To świetnie pasowało do naszej płyty; poza tym, współpracowaliśmy z Valerie wiele lat temu, więc okazało się, że wracamy do korzeni nie tylko w muzyce.
E.R.: Co czujesz, kiedy czytasz w brukowcach artykuły o swoich kolegach z branży, on skandalach?
J.D.B.: Świat potrzebuje różnorodności i odmienności. Wszyscy kochają Elvisa, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że gdyby dzisiaj żył, pewnie bardziej byłby znany dzięki jedzeniu hamburgerów i kanapek z masłem orzechowym, niż dzięki swojej muzyce. Tak to już jest. Potrzeba nam skrajności. Kiedy byłem młody, bardzo cieszyło mnie moje podejście do polityki - nie zgadzałem się z Margaret Thatcher, miałem inne poglądy niż większość kraju; po prostu miałem coś, przeciwko czemu mogłem protestować. Gdyby świat składał się tylko z takich ludzi, jak my albo Thom Yorke z Radiohead, byłoby bardzo nudno - bo czemu się tutaj przeciwstawiać? Ale szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego ludzi bardziej interesuje życie muzyków, niż to, co oni tworzą. Najlepiej omijać te wszystkie programy i artykuły o gwiazdach - wtedy będziesz miał święty spokój.
E.R.: A co sądzisz o polityczno- społecznych akcjach, w które angażują się, również w muzyce, artyści?
J.D.B.: W Wielkiej Brytanii jest teraz wielu muzyków z dobrych, bogatych domów, którzy chcą mówić wszystkim, jak mają żyć. Oni przekonują nas, że największym politycznym problemem świata jest efekt cieplarniany. Proszę bardzo, to jest ważne, ale trzeba najpierw zająć się tym, co się dzieje w kraju, zanim zabierzemy się za takie kwestie. Dla mnie najważniejsze jest to, jak działa służba zdrowia, szkoły i to, żeby ludzie zrezygnowali z prawicowych poglądów, np. w sprawie imigrantów. Coraz więcej osób twierdzi, że ta fala imigracji nie da się opanować i popiera prawicę. Chciałbym zatrzymać to poparcie dla prawicowych polityków, a ludzie powinni zainteresować się tym, co się dzieje na ich podwórku, zanim zaczną myśleć o reszcie świata.
James Dean Bradfield: Mieliśmy wrażenie, że w ostatnich latach tworzyliśmy poniżej swoich możliwości. Część naszych wiernych fanów stwierdziła, że straciliśmy ten rock'n'rollowy pazur. Wiedzieliśmy więc, że przy nagrywaniu tej płyty musimy zaufać naszemu muzycznemu instynktowi. Powinniśmy być bardziej dosłowni; wrócić do konkretnego, gitarowego grania. Dla nas było jasne, czego chcemy: powrotu do prawdziwego rock'n'rolla.
E.R.: A skąd taki tytuł?
J.D.B.: Był taki brytyjski komik, Tony Hancock. To bardzo popularna, ale też skomplikowana postać: był alkoholikiem, chorował na depresję, w końcu popełnił samobójstwo. Odizolował się od wszystkich, których znał: od autorów tekstów, przyjaciół, menadżerów, i wyjechał do Australii. Czasami, kiedy coś się nie układało, mówił "proszę, zabierzcie tygrysy" ("send away the tigers") i zaczynał pić. Bardzo nam się to spodobało. To był człowiek, który zawsze uciekał przed tym, dzięki czemu stał się sławny; zawsze miał poczucie, że coś można było zrobić lepiej; nie był zadowolony z efektów swojej pracy. Pomyśleliśmy, że to jego powiedzonko pasuje do tego, co czasem czuliśmy jako grupa: trudno było nam cieszyć się tym, co osiągnęliśmy, wysłuchiwaliśmy krytycznych głosów i próbowaliśmy być innymi ludźmi. To zdanie może mieć jeszcze jedno znaczenie: porzuć to, co cię gnębi i zajmij się tym, co masz.
E.R.: Skąd pomysł na duet z Niną Persson w pierwszym singlu?
J.D.B.: To był pomysł Nicka. Na początku ten utwór miał być zupełnie inny. Nick miał długie rozmowy z Ritchiem o tym, co daje ludziom szczęście: religia, demokracja, nienawiść, miłość i takie tam. Kiedy zaczęliśmy pisać piosenki, od razu zabrzmiało to, jak duet; rozmowa kobiety i mężczyzny. Nick stwierdził: "Nina byłaby doskonała!". Ten pomysł bardzo mi się spodobał, ale bałem się, że ona odmówi. Byliśmy zaskoczeni, że kiedy zgodziła.
E.R.: Nagrywaliście tę piosenkę wspólnie, w jednym studiu?
J.D.B.: Nie. Skończyliśmy nagrywanie muzyki i chórków do tego utworu w Irlandii. Nick i Sean pojechali do Walii, a ja poleciałem na nagranie do Nowego Jorku. Miałem lekką tremę. Nina i jej mąż mają małe studio nagrań w Nowym Jorku. Nina zaczęła nagrywać wokale do piosenki i dokładnie wiedziała, jak ona ma brzmieć; wszystko miała już przećwiczone. To niesamowite oglądać kogoś, kto śpiewa naszą muzykę i trochę onieśmielające, bo robiła to świetnie, na luzie. Nina śpiewała tak, jak gdyby poza muzyką. Z czegoś takiego słynął Frank Sinatra. Czułem się wtedy, jakbym oglądał jego żeńską wersję.
E.R.: Niektórzy fani w ostatnich latach stracili wiarę w Wasz zespół, jak sądzisz- mieli rację?
J.D.B.: Czuliśmy, że musimy na nowo dotrzeć do naszych najwierniejszych fanów. Zdaliśmy sobie sprawę, że kiedy krytykowali nas za to, co zrobiliśmy w ciągu ostatnich pięciu lat, mieli trochę racji. Mogliśmy znów trafić do osób, które nas kiedyś słuchały, nagrywając bezpretensjonalny, bezpośredni, rockowy album. Nie chcieliśmy myśleć o muzyce tak dużo, jak w ostatnich latach, zwłaszcza przy poprzedniej płycie, "Lifeblood". Ciągle zastanawialiśmy się nad brzmieniem i przestaliśmy polegać na naszych instynktach. Znikła nasza prawdziwa natura. Stwierdziliśmy, że pora wrócić do korzeni i jeśli nam to się uda, słuchacze będą zadowoleni.
E.R.: Jak wspominasz pracę nad "Send Away The Tigers"?
J.D.B.: To była rewelacyjna zabawa. Mimo że kłóciliśmy się czasem w studiu, tworzenie ciągle sprawiało nam przyjemność, bo tak naprawdę spieramy się z osobami, które kochamy - wtedy szanujesz zdanie tego, z kim dyskutujesz. Wiedziałem, że jeśli kłócę się z Nickiem albo z Seanem o muzykę, to wszystko jest dla dobra płyty. Przy nagraniu tego albumu mieliśmy umowę: jeśli jakaś piosenka nie zabrzmi dobrze podczas próby, nie spodoba nam się podczas pierwszych minut grania, rezygnujemy z tego kawałka. To była dobra decyzja. To dzięki temu lepiej nam się pracowało; nie musieliśmy się niepotrzebnie głowić nad tym, co nam nie pasowało. To było bardzo naturalne; wkładasz tyle wysiłku w napisanie piosenki, że nie powinieneś już zastanawiać się nad nią, kiedy ją grasz.
E.R.: Wasz zespół to jedna z takich ekip, w których akurat konflikty rzadko się zdarzają, więc taka sesja i wspólne przebywanie 24 h na dobę nie jest niczym dokuczliwym?
J.D.B.: Byliśmy na wsi w Irlandii, otaczały nas tylko pola, krowy i owce. Pochodzimy z Walii, więc jesteśmy przyzwyczajeni do takiego widoku. Byliśmy tam razem 24h/dobę - cały czas gadaliśmy o muzyce, sporcie albo o polityce. Było cudownie! Czuliśmy się jak na letnim obozie. Jesteśmy sobie bliżsi niż można sobie to wyobrazić. Perkusista, Sean, jest moim kuzynem i mieszkaliśmy razem odkąd mieliśmy 10 lat. Nick jest moim najlepszym przyjacielem odkąd miałem 7 lat, dlatego bardzo lubimy ze sobą przebywać, nawet jeśli się kłócimy. Świetnie było spędzić trochę czasu wspólnie i to na wsi, gdzie nikt cię nie rozprasza i możesz się skoncentrować na muzyce. Niewiarygodne, że świetnie się rozumiemy i tak lubimy ze sobą przebywać!
E.R.: Masz jakieś ulubione utwory na tej płycie?
J.D.B.: Mam dwa ulubione kawałki na tej płycie: "Your Love Alone Is Not Enough" i "Indian Summer". Właściwie nie, jest jeszcze trzeci - "Rendition". - Kiedy skończyliśmy nagrywanie i okazało się, że na płycie będzie 10 kawałków i 1 ukryty utwór, pomyślałem sobie, że może przydałaby się jeszcze jakaś jedna piosenka? Jakaś spokojna, może akustyczna? Próbowałem coś napisać, ale nic odpowiedniego nie przychodziło mi do głowy. Zdałem sobie sprawę, że mamy już całość, nie było piosenki, która by się nadawała, więc powinniśmy to sobie odpuścić. Skoro uznaliśmy, że płyta jest już gotowa, powinniśmy zaufać naszemu wyczuciu i po prostu to zostawić. Nie możesz nagle zacząć zmieniać czegoś, co ma już jakąś formę. Cieszę się, że ta płyta jest taka bezpośrednia i polegaliśmy na naszym muzycznym przeczuciu. Nagraliśmy 10 utworów i tyle. Kolejne po prostu nie miały powstać.
E.R.: Czy to, że zdążyłeś wcześniej nagrać solowy album miało wpływ na pracę w grupie?
J.D.B.: Moja samodzielna praca miała wpływ na moje myślenie o zespole. Zacząłem bardziej doceniać grupę. Nagrywanie solowej płyty było dla mnie świetną zabawą; takim oderwaniem się od normalnej pracy. Czułem się prawie jak na wakacjach, ale przy okazji zrozumiałem, że aby dać z siebie wszystko czasem potrzebne są kłótnie, napięcia i dyskusje. Kocham Manic Street Preachers. To nie zmienia faktu, że czasem się spieramy, ale dzięki temu możemy stworzyć jeszcze lepsze rzeczy. Podczas pracy nad solową płytą nie miałem takiego twórczego napięcia i bardzo mi tego brakowało. W zespole jesteśmy jak bracia - czasem się kłócimy, ale tylko i wyłącznie dla dobra muzyki.
E.R.: Fanom bardzo spodobała się szata graficzna nowej płyty Manic Street Preachers. Czyj to pomysł?
J.D.B. Na początku naszej kariery współpracowaliśmy z Valerie Phillips - to taka artystka zajmująca się fotografią, stworzyła okładkę do singla "Motorcycle emptiness". Nick kolekcjonował jej albumy. Valerie zaczęła wydawać co trzy lata albumy przedstawiające życie Moniki (to taka dziewczyna z Nowego Jorku). Valerie fotografowała ją, odkąd dziewczyna miała 15 lat. Nick stwierdził, że zdjęcia Moniki świetnie ukazują dorastanie. Podobało nam się to przejście od niewinności do dorosłości. To świetnie pasowało do naszej płyty; poza tym, współpracowaliśmy z Valerie wiele lat temu, więc okazało się, że wracamy do korzeni nie tylko w muzyce.
E.R.: Co czujesz, kiedy czytasz w brukowcach artykuły o swoich kolegach z branży, on skandalach?
J.D.B.: Świat potrzebuje różnorodności i odmienności. Wszyscy kochają Elvisa, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że gdyby dzisiaj żył, pewnie bardziej byłby znany dzięki jedzeniu hamburgerów i kanapek z masłem orzechowym, niż dzięki swojej muzyce. Tak to już jest. Potrzeba nam skrajności. Kiedy byłem młody, bardzo cieszyło mnie moje podejście do polityki - nie zgadzałem się z Margaret Thatcher, miałem inne poglądy niż większość kraju; po prostu miałem coś, przeciwko czemu mogłem protestować. Gdyby świat składał się tylko z takich ludzi, jak my albo Thom Yorke z Radiohead, byłoby bardzo nudno - bo czemu się tutaj przeciwstawiać? Ale szczerze mówiąc, nie rozumiem, dlaczego ludzi bardziej interesuje życie muzyków, niż to, co oni tworzą. Najlepiej omijać te wszystkie programy i artykuły o gwiazdach - wtedy będziesz miał święty spokój.
E.R.: A co sądzisz o polityczno- społecznych akcjach, w które angażują się, również w muzyce, artyści?
J.D.B.: W Wielkiej Brytanii jest teraz wielu muzyków z dobrych, bogatych domów, którzy chcą mówić wszystkim, jak mają żyć. Oni przekonują nas, że największym politycznym problemem świata jest efekt cieplarniany. Proszę bardzo, to jest ważne, ale trzeba najpierw zająć się tym, co się dzieje w kraju, zanim zabierzemy się za takie kwestie. Dla mnie najważniejsze jest to, jak działa służba zdrowia, szkoły i to, żeby ludzie zrezygnowali z prawicowych poglądów, np. w sprawie imigrantów. Coraz więcej osób twierdzi, że ta fala imigracji nie da się opanować i popiera prawicę. Chciałbym zatrzymać to poparcie dla prawicowych polityków, a ludzie powinni zainteresować się tym, co się dzieje na ich podwórku, zanim zaczną myśleć o reszcie świata.

