Nie ma takiego zespołu, który brzmiałby podobnie jak RAMMSTEIN. Sextet z wschodnich Niemiec tworzy muzykę będącą niepowtarzalną syntezą metalu, muzyki industrialnej i standardów muzyki popularnej. Unikalne brzmienie RAMMSTEIN przyczyniło się do wielkiego sukcesu zespołu, który rozpoczął się wraz z ukazaniem się pierwszego albumu „HERZELEID”, wydanego w 1995 roku (miał on w wielu krajach Europy status platynowej płyty). Kolejny album „SEHNSUCHT” (wydany w 1997, był pierwszą płytą zespołu w USA) był logiczną konsekwencją poprzedniej płyty i odniósł jeszcze większy sukces. Płyta zapewniła zespołowi pewne miejsce w historii muzyki rockowej.
Rammstein to: Flake Lorenz (klawisze), Oliver Riedel (bas), Christoph Schneider (perkusja), Paul Landers (gitara), Richard Z. Kruspe-Bernstein (gitara) i Till Lindemann (śpiew). Zespół od początku tj od 1993 roku, gra w niezmienionym składzie.
Każdy singiel i album zespołu, po ukazaniu się na rynku miał świetne notowania na europejskich lista przebojów. „SEHNSUCHT” zajął pierwsze miejsce na liście Media Control Charts i utrzymał je przez 5 tygodni. Miał on także wyśmienite recenzje wśród najbardziej uznanych krytyków, w tym u Chucka Eddy'ego z ROLLING STONE'a, a także w piśmie SPIN i u innych uznanych recenzentów.
Teksty piosenek poruszają tematy często uznawane za mroczne lub co najmniej kontrowersyjne (jak na przykład utwór Mein Teil zainspirowany historią kanibala z Rotenburga). Obracają się wokół miłości, samotności, perwersji i seksu (Rein raus, Bück dich, Sehnsucht, Du riechst so gut). Dotyczą także tematów bardzo ciężkich, przez innych wykonawców najczęściej pomijanych – narkotyków (Adiós), polityki (Amerika), nekrofilii (Heirate mich), homoseksualizmu (Mann gegen Mann), prostytucji (Te quiero puta!), kazirodztwa i pedofilii (Laichzeit, Tier, Spiel mit mir). Autorem większości oryginalnych tekstów Rammsteinu jest Till Lindemann.
David Lynch, reżyser Blue Velvet, Eraserhead, Twin Peaks i Dzikości Serca. Wykorzystał dwie piosenki zespołu w ścieżce dźwiękowej do filmu "Zagubiona autostrada". Co ważne, zrobił to zanim zespół wydał płytę w USA!
W 1999 roku Rammstein był nominowany do nagrody Grammy, jako pierwsza niemiecka kapela, w kategorii "Najlepszy zespół metalowy" (za "Du Hast").
Eska Rock: Niemal wszyscy członkowie Rammstein mówią, że nagrywanie krążka "Liebe Ist Für Alle Da" nie było łatwe, atmosfera w zespole nie była idealna. Zastanawiałeś się, czy to wszystko jest tego warte?
Richard Kruspe: Każdego ranka budzę się i zastanawiam się, czy nadal chcę to robić. Ta płyta- to jeden z najtrudniejszych albumów w naszej karierze. Szaleństwo- emocje, frustracje, kłótnie, kompromisy, na które musieliśmy pójść. Zawsze przychodzi taki moment, kiedy zastanawiasz się, czy ta robota jest tego wszystkiego warta. Podczas nagrywania, nie wiedziałem, jaką płytę udało nam się zrobić, czy będzie dobra, czy chociaż przyzwoita. Dlatego bardzo pomogli mi ludzie, przyjaciele i dziennikarze, którzy powiedzieli, że jest ok. Póki jestem zadowolony z efektów naszej pracy, będę się tym zajmować. Ale jeśli nie będę przekonany do jakiejś płyty, to może to oznaczać, że pora kończyć.
E.R.: Zdobywacie coraz większą popularność na świecie, ale cały czas nie możecie przebić się w Stanach. Dlaczego?
R.K.: Rammstein jest popularny na świecie, ale w Stanach to trochę inna historia. To jedyny znany mi kraj, w którym ludzie nie uznają w rockowej muzyce żadnego języka- oprócz angielskiego. Dlatego pewnie nigdy nie osiągniemy tam wielkiej popularności. Możemy być tam nawet największą alternatywną gwiazdą, ale śpiewamy po niemiecku- i to jest przeszkoda. W pozostałych krajach ludzie nie mają z tym problemu, a Ameryce Południowej, Polsce, Francji , fani śpiewają razem z nami na koncertach, ale w Stanach to nie przejdzie…
E.R. : Mieszkasz trochę w Nowym Jorku, trochę w Berlinie. Czy kiedy przyjeżdżasz do Niemiec, odczuwasz to, że jesteś znany, na przykład kiedy idziesz na zakupy?
R.K.: Po pierwsze nie robię zakupów w Berlinie, jeśli już, to przez internet. Po drugie, bycie sławnym, bycie gwiazdą rocka w Berlinie, oznacza coś innego niż w pozostałych miejscach na świecie. Ludzie w Niemczech raczej za tobą nie chodzą, są naprawdę uprzejmi, raczej wycofani, nie narzucają się. Ameryka-to inna bajka. Tam praktycznie każda znana osoba ma grupę fanów, którzy za nią ciągle łażą. W porównaniu do Stanów- w Berlinie łatwiej mi się żyje.
E.R.: Wróćmy na chwilę do Waszej nowej płyty- kolejny krążek i znów dokładnie 11 utworów- taka ilość ma dla Was jakieś szczególne znaczenie?
R.K.: Dlaczego zawsze 11 piosenek? Dlatego, że dla mnie to idealna długość płyty. Nienawidzę długich albumów. A 11 piosenek- to w sam raz, żeby utrzymać uwagę słuchacza. Potem ludzie przestają słuchać uważnie. Nie znoszę za długich płyt, niezależnie od tego, kto je nagrywa, nie jestem w stanie wytrwać przy odtwarzaczu dłużej niż przez 11 kawałków. Mamy sporo świetnych utworów, które wyrzuciliśmy, bo nie pasowały do reszty płyty. Jestem za tym, żeby podtrzymać naszą tradycję, a te nadprogramowe piosenki wydawać na stronach B singli albo na dodatkowych płytach.
E.R.: Podobno szykujecie jakiś specjalny projekt- możesz zdradzić jakieś szczegóły?
R.K.: Prawdę mówiąc, myślimy o czymś takim jak „Rammstein Unplugged”, ale to wyglądałoby zupełnie inaczej niż w przypadku pozostałych zespołów. Mamy parę pomysłów i jestem ciekaw, jak to wypali. W przypadku takiego występu, chyba nie będziemy używać materiałów pirotechnicznych, jak to zwykle robimy na koncertach. Chcemy, żeby to było inne brzmienie i inne widowisko niż robiliśmy do tej pory. Potwierdzam, pracujemy nad tym, ale nie mogę zdradzić szczegółów, bo to ma być niespodzianka.
Richard Kruspe: Każdego ranka budzę się i zastanawiam się, czy nadal chcę to robić. Ta płyta- to jeden z najtrudniejszych albumów w naszej karierze. Szaleństwo- emocje, frustracje, kłótnie, kompromisy, na które musieliśmy pójść. Zawsze przychodzi taki moment, kiedy zastanawiasz się, czy ta robota jest tego wszystkiego warta. Podczas nagrywania, nie wiedziałem, jaką płytę udało nam się zrobić, czy będzie dobra, czy chociaż przyzwoita. Dlatego bardzo pomogli mi ludzie, przyjaciele i dziennikarze, którzy powiedzieli, że jest ok. Póki jestem zadowolony z efektów naszej pracy, będę się tym zajmować. Ale jeśli nie będę przekonany do jakiejś płyty, to może to oznaczać, że pora kończyć.
E.R.: Zdobywacie coraz większą popularność na świecie, ale cały czas nie możecie przebić się w Stanach. Dlaczego?
R.K.: Rammstein jest popularny na świecie, ale w Stanach to trochę inna historia. To jedyny znany mi kraj, w którym ludzie nie uznają w rockowej muzyce żadnego języka- oprócz angielskiego. Dlatego pewnie nigdy nie osiągniemy tam wielkiej popularności. Możemy być tam nawet największą alternatywną gwiazdą, ale śpiewamy po niemiecku- i to jest przeszkoda. W pozostałych krajach ludzie nie mają z tym problemu, a Ameryce Południowej, Polsce, Francji , fani śpiewają razem z nami na koncertach, ale w Stanach to nie przejdzie…
E.R. : Mieszkasz trochę w Nowym Jorku, trochę w Berlinie. Czy kiedy przyjeżdżasz do Niemiec, odczuwasz to, że jesteś znany, na przykład kiedy idziesz na zakupy?
R.K.: Po pierwsze nie robię zakupów w Berlinie, jeśli już, to przez internet. Po drugie, bycie sławnym, bycie gwiazdą rocka w Berlinie, oznacza coś innego niż w pozostałych miejscach na świecie. Ludzie w Niemczech raczej za tobą nie chodzą, są naprawdę uprzejmi, raczej wycofani, nie narzucają się. Ameryka-to inna bajka. Tam praktycznie każda znana osoba ma grupę fanów, którzy za nią ciągle łażą. W porównaniu do Stanów- w Berlinie łatwiej mi się żyje.
E.R.: Wróćmy na chwilę do Waszej nowej płyty- kolejny krążek i znów dokładnie 11 utworów- taka ilość ma dla Was jakieś szczególne znaczenie?
R.K.: Dlaczego zawsze 11 piosenek? Dlatego, że dla mnie to idealna długość płyty. Nienawidzę długich albumów. A 11 piosenek- to w sam raz, żeby utrzymać uwagę słuchacza. Potem ludzie przestają słuchać uważnie. Nie znoszę za długich płyt, niezależnie od tego, kto je nagrywa, nie jestem w stanie wytrwać przy odtwarzaczu dłużej niż przez 11 kawałków. Mamy sporo świetnych utworów, które wyrzuciliśmy, bo nie pasowały do reszty płyty. Jestem za tym, żeby podtrzymać naszą tradycję, a te nadprogramowe piosenki wydawać na stronach B singli albo na dodatkowych płytach.
E.R.: Podobno szykujecie jakiś specjalny projekt- możesz zdradzić jakieś szczegóły?
R.K.: Prawdę mówiąc, myślimy o czymś takim jak „Rammstein Unplugged”, ale to wyglądałoby zupełnie inaczej niż w przypadku pozostałych zespołów. Mamy parę pomysłów i jestem ciekaw, jak to wypali. W przypadku takiego występu, chyba nie będziemy używać materiałów pirotechnicznych, jak to zwykle robimy na koncertach. Chcemy, żeby to było inne brzmienie i inne widowisko niż robiliśmy do tej pory. Potwierdzam, pracujemy nad tym, ale nie mogę zdradzić szczegółów, bo to ma być niespodzianka.

